Tag ‘postawy’
Felietony
Polski ślad w Dorset
Stałam samotnie na tarasie widokowym.
Zachodziło słońce, a nad skałą Durdle Door już świeciła połóweczka księżyca.
Na dole, na plaży została jeszcze grupa mieszana słowackich robotników sezonowych na przepustce, ale byli już tak pijani, że ich ryki osłabły nieco.
Stałam więc we względnej ciszy, podziwiając dzieło prezesowe i wypatrując, czy jakiś delfin nie zabłąka się, żebym miała jeszcze więcej do podziwiania.
Nie zabłąkał się delfin, ale nadszedł wędrowiec z plecakiem.
- Sorry to disturb – rzekł na powitanie i uśmiechnął się sympatycznie.
- No problem – odpowiedziałam szczerze, bo cicha obecność drugiego człowieka w niczym mi zasadniczo nie przeszkodziła.
Postał człek, popodziwiał to, co było do podziwiania i odszedł bezszmerowo.
Rzecz jasna człek ów nie był Polakiem, jak się pewnie domyślacie z opisu jego zachowania.

Z Polakami i Słowakami miałam przyjemność nieco wcześniej, kiedy słońce stało jeszcze wysoko.
- Elwyyyyyra Poooolska – rozległ się ryk, a w miejscu opatrzonym dyskretną tabliczką no access pojawił się humanoidalny stwór z butelką piwa.
Fakt, że nie ma drutów pod napięciem i zomowca z karabinem, jest dla takiego stwora sygnałem, że można wleźć, bo co mu tam tabliczka wzywająca do ochrony ptasich gniazd na skałach.
On jest tu panisko, bo urwał się na urlop z jakiegoś zapyziałego magazynu i musi pokazać, że jeszcze Polska nie zginęła!
Elwyra, odziana w obcisły różowy dres, stała po drugiej stronie zatoczki, na wysokim klifie i wrzeszczała:
- Łukaaaasz, dawaaaj.
I Łukasz dawał.
Zbiegając z miejsca, w którym w ogóle nie powinno go być, potrącił Krzyśka i jeszcze kilka centymetrów, a mój fotograf razem ze sprzętem zwaliłby się w przepaść.
Ale Łukasz nawet na nas nie spojrzał, bo miał plan na ciąg dalszy polskiego show na obcej ziemi:
Najpierw rozebrał się do bieliźnianych gaci, nieco osranych w rowku.
Następnie majtnął się ze skały do wody porykując i – o dziwo – uszedł z życiem.
Bezwładność pijanego jest jego siłą i mocą.
Elwyra w tym czasie wydawała z siebie dźwięki jak inseminowana krowa, a jej głos rozchodził się we wszystkich kierunkach, bo akustyka Durdle Door jest niesamowita.
Po niesłychanie głośnej kąpieli z wywrotkami, pijackimi okrzykami zwycięstwa piwska nad rozumem i głośnymi pierdnięciami Łukasz wyczołgał się z wody, obuł adidasy i wlokąc za sobą portki i koszulę rozpoczął wspinaczkę po klifie.
Jasna sprawa, normalne schody nie zostały zbudowane dla takiego króla życia.
- Yde do ciejeee Elwyyyra!!! – zawył.
- Łukaaaasz…. dasz radeee – odbeczała Elwyra przenikliwie.
I – o dziwo – dał radę.
Dwa razy mało brakowało żeby spadł na skały, raz przysnął po drodze, ale radę dał.
Ludzie, którzy filmowali to wszystko telefonami komórkowymi odetchnęli z ulgą.
Ja zaś bardzo pilnowałam się, żeby nie odzywać się po polsku.
Zgadnijcie - czemu nie chciałam, żeby ktoś skojarzył mnie z Polską?
Wkrótce zamieszczę przyjemniejszą część opisu naszej włóczęgi po Dorset i Devon oraz galerię fotografii.
Może za kilka dni, bo mam tu trochę innych spraw na głowie.
Dziś chciałam się z Wami podzielić swoim poczuciem niesmaku, że polski akcent w Dorset wygląda tak, jak na pierwszym planie załączonej fotografii.
O mały włos, a usiadłabym na tym akcencie i byłby koniec wycieczki.
Na drugim planie widzicie skałę Durdle Door, na której Łukasz pokazał, że Polak potrafi.
Inna sprawa, że palmę pierwszeństwa w schamieniu i dziadostwie muszę oddać pewnej (przyodzianej w różowy dres - czy to jakiś organizacyjny strój kretynek?) pannie z grupy słowackiej, która ni mniej, ni więcej kucnęła … i wysrała się pod skałą.
Dziwi mnie jedno: po ką kiszkę ci biedni ludzie wydają ciężko zarobione funty na wycieczki do cudów natury?
Ten sam efekt osiągnęliby waląc z gwinta na lokalnym wysypisku śmieci!
A ja mogłabym w spokoju chłonąć widoki, bez słuchania polskiego pijackiego ryku i wąchania słowackiego gówna.
Tak mi dopomóż Prezesie, żebym już nie spotykała słowiańskich braci na swoich szlakach.
Bo chociaż Angole z klasy niższej potrafią urżnąć się w trupa i wyć do księżyca, raczej nie robią tego w miejscach, gdzie inni odpoczywają od zgiełku.
Nie wypada.
Swoje pijackie manewry ograniczają więc do własnych podwórek, bądź jadą do takiego kraju nad Wisłą, gdzie za kilka funtów mogą poczuć się paniskiem.
Ale to już całkiem inna opowieść.
Felietony
Spotkaj dziada
I powiedz mu, co naprawdę myślisz.
Nie odreagowuj.
Nazwij słowami.
Powiedz mu co cię boli, co doprowadza cię do szału.
Powierz mu to marzenie, którego najbardziej się wstydzisz, bo pokazuje, że nigdy nie dorosłaś.
Dziad jest głuchy jak pień, ślepy jak kret, wolny jak ptak.
Mieszka pod mostem, jada na śmietnikach koło Morrisona, ubiera się w to, co inni wystawiają w niebieskich workach w dni akcji charytatywnych.
Wiem, że mnie widzi.
Dostrzegam uśmiech w gęstwinie wąsobrody i oczy robią mu się jak szparki.
- Chciałabym żyć, skoro już żyję – powierzam dziadowi mój największy sekret.
Kiwa siwą głową, na czubek której nasadził szydełkową myckę. Jak ona się tam trzyma, na tych skołtunionych lokach? Końce zaplecione w dwa warkocze kłębią się na dziadzim brzuchu razem z siwo-żółtą brodą.
Gdybym była pchłą, chciałabym zamieszkać w tym gąszczu, bo bezpiecznie.
Widzę, że jeśli dziada dałoby się uczesać, przypominałby popiersie Sokratesa sprzedawane w sklepikach z pamiątkami.
Mam własnego, żywego Sokratesa!
Ale pytania stawiam sobie sama.
Opowiedziałam dziadowi o pewnej Koreance, która przeżyła w dżungli 18 lat.
- I wiesz, po trzech latach miała dosyć, uciekła do lasu!
Kiedy o niej myślę, ogarniają mnie silne uczucia: tęsknoty, zazdrości.
Tak silne, że płakać mi się chce.
Podobne do tych, które przeżyłam oglądając Into the wild.
Tak dojmujące, że nie mogę obejrzeć tego filmu ponownie, bo boję się własnych emocji.
Chociaż wciąż słucham tamtych piosenek Edka Wedera, oczywiście w podróży.
- A wiesz dziadu, że chciałabym ubierać się w burkę? Taką totalną, z kratką na oczy!
Czułabym się w niej bezpiecznie, schowana we własnym świecie, wolna od przymusu kontaktu.
Ale kolejne kraje zakazują noszenia burki, w imię rzekomej wolności.
Czy można narzucić wolność ukazem?
Powiedz, dziadu…
Ale on już poszedł.
Głuchy jak pień.
Ślepy jak kret.
Wolny jak ptak.
