Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Tag ‘Dziunia’

Felietony

komentarze (15)

Urlop!

Oto ostatni felieton przed wakacjami, które zasłużenie sobie przyznaję.

Z tym, że nie obiecuję, że naprawdę i na pewno ostatni, bo jeśli coś mną wstrząśnie, tąpnie albo poczuję nieodpartą potrzebę podzielenia się czymś – cóż, wtedy po prostu napiszę.

Miałam odlotowe plany wyjazdowe.
I – jak to u mnie – już po planach.

Moje plany są jak bąbelki w lemoniadzie – otwieram korek: psssss i bąbelki ulatują a zostaje mętna ciecz.
Niemniej jednak – jak to u mnie – ćwiczenie pokory wychodzi mi na dobre.
Chyba.

Myślę, że jeśli  nic istotnego się nie wydarzy, to zajmę się ostatnimi poprawkami redakcyjnymi Curriculum, które zamierzam wydać jesienią.

Sama.

Tak jak wielu znanych dziś i cenionych pisarzy, którzy nie mieli szczęścia spodobać się wydawcy.

Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – o gustach się nie dyskutuje.
Wydawcy odrzucali także teksty noblistów.
Kiedy nie były podpisane.

Nie mam zamiaru użerać się z wydawcami, tak jak to było w przypadku Przeklętych, za które do dziś nikt się ze mną nie rozliczył.

Zamierzam wydawać swoje książki, ponieważ czekanie, aż się komuś spodobam jest bezcelowe.

Nie mam wujka w żadnym wydawnictwie, nie mam majątku, nie jestem towarzyska i nie mam zamiaru biegać po Warszawie z gołą dupą, żeby ktoś mnie zauważył.

Ale zaraz… a może jednak?
Myślicie, że wywołanie jakiegoś skandalu mogłoby mi pomóc?

Cóż, w tym też nie jestem dobra.
Cichutka ze mnie Dziunia.

Jestem zdana na siebie i garstkę (garsteczkę, garściątko) przyjaciół, którym nie przeszkadza mój asperger i okresowe napady ponurego milczenia.

To i tak więcej, niż mogłabym oczekiwać.
Bo oczekiwania są źródłem rozczarowań, tak?

Życzę Wam, Kochane Ludziska słońca na niebie, nieba w gębie i wszelkiej pomyślności.
Do miłego!

 Małpa

Bookmark and Share

Autor: admin

10 lipca 2010 o 13:12.

Felieton

komentarze (6)

Dzisiaj jest dzień…

Zanim nadeszło dzisiaj, było wczoraj.
I powiem Wam, Ludzie, że ono było dobre, lepsze niż dzisiaj. Czemu nie mogłam tam zostać i napawać się jak paw dobrymi wiadomościami?
Zamiast spotykać się o poranku z przykrościami, jakie zafundował mi dziś w prezencie brytyjski system socjalny.

Wczoraj spotkałam się z Elaine Donnelly, która jest moją prawniczką. Nadałyśmy moim zeznaniom kształt ludzkiej mowy. Jesteśmy przygotowane merytorycznie do aktu pierwszego, czyli do Case Management Discussion.
Akt pierwszy ma już wyznaczone miejsce i czas we wszechświecie: Liverpool, 26 maja 2009.

W Dzień Matki, polskiej matki, bo angielskie obchodzą go w marcu. Jako, że wierzę w znaki, wiem, że to znak.
Ponieważ nie umiem odczytywać znaków, nie mam pojęcia, co ten znak oznacza.
Moja prababcia po kądzieli była szeptuchą. Ona wiedziałby, co się święci.
Ja  - choć mam w sobie sporo z wiedźmy - nie umiem czytać znaków.
Dopiero po fakcie umiem powiedzieć: a… już kumam, to o to chodziło.

Elaine Donnelly jest ze mnie zadowolona. Z tego, że nie jęczę, nie narzekam i nie serwuję jej trudnych do strawienia emocjonalnych wybuchów. Ani żenujących napadów użalania się nad swoim losem. To zostawiam sobie na deser, kiedy już będzie po.
Wszystkim.
Cokolwiek to oznacza.
Jestem klientką idealną. Mówię o faktach, pomijając swoje uczucia. Umiem to zrobić niewielkim kosztem: mam wprawdzie dziurę w żołądku i koszmary, po których boję się zasnąć, ale wciąż jestem opanowana.

W drugą stronę:
Jestem zadowolona z Elaine. Jest prawniczką idealną. Prowadzi mnie przez meandry mętnych wspomnień, nadaje moim przeżyciom kategorie prawne. A kiedy słyszy, że – przy jakimś szczególnie dla mnie trudnym fragmencie – brzmię jak brzuchowmówca, dotyka leciutko mojej ręki, dla przypomnienia, że wprawdzie jest inny czas, inne miejsce ale ona rozumie, że wciąż jest mi trudno o tym  mówić. Empatyczna prawniczka.
Tak.
Słowem: Elaine została mi dana przez Prezesa w ramach rekompensaty za przejście ścieżki zdrowia. Nie wymyśliłabym lepszego scenariusza, Prezesie.

Chociaż kategoria Nowakowska versus W. jest wciąż zawieszona, krążą mi po głowie fragmenty godnych opisania zdarzeń. Jak kadry z filmu Daleka Północ.
Mam nadzieję, że nie będę musiała tego robić, jest tyle piękniejszych rzeczy do opisania.
Na przykład Liverpool w deszczowy dzień. Krzysiek już szykuje dla Was kolejną porcję zdjęć. Zgodnie z obietnicą, będzie to Liverpool o oczach pustych jak sama śmierć, ale kolorowych. Dziwaczny i niepokojący fragment miasta. Liverpool - zombie.
Może jutro będziemy mogli to wstawić.

A dzisiaj…
Urodziłam się dokładnie czterdzieści dziewięć lat temu.
Bunia twierdzi, że to dobrze.
Bunia uważa, że urodziłam się po to, żeby ona miała przyjaciółkę.
Ja myślę o niej to samo. Urodziny Buni będą czwartego maja. Wtedy napiszę jej w mailu, jak bardzo cieszę się, że ona się urodziła. Tak jak ona napisała do mnie dziś rano.

Czterdzieści dziewięć lat temu urodziłam się trochę za wcześnie i w dość ambarasujących okolicznościach…
Wtedy wszystko się zaczęło, ale przecież już to wiecie.
Choć nadal upieram się, że nie jestem Dziunią a Dziunia nie jest mną.
Ale.
Może jest między nami pokrewieństwo większe, niż mogłabym sobie życzyć.
Niestety.
Stety.
Cokolwiek.

Dziękuję Wam Ludziska za wszystkie komentarze.
Miłego dnia, Ludzie Dobrzy.

Ania

Bookmark and Share

Autor: admin

1 maja 2009 o 11:10.