Anna Maria Nowakowska

pisarka, felietonistka, autorka powieści "Dziunia"

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

komentarze (15)

Obywatel przygłup i obywatel oszust

Stosunek osoby u żłoba (czyli u góry) do postawionego na dole (szarego kaszankojada) obywatela, jest przedmiotem maskującej gry psychologicznej, zwanej polityką społeczną. Celem tej gry jest to i tylko to, żeby kaszankowy obywatel nigdy się nie dowiedział, jak władza naprawdę o nim myśli i co naprawdę do niego czuje.
Relacja rządzących do tych, którzy ich żywią jest wszak w demokracji czynnikiem, który przekłada się wprost na liczbę głosów w najbliższych wyborach. Dlatego należy pilnie strzec tajemnic władzy, a zwłaszcza tajemnicy relacji władza-obywatel.

Dawno, dawno temu, (droga młodzieży, wy pewnie w to nie uwierzycie) nie było urządzeń podsłuchowych, poza uchem przystawionym do ściany, ewentualnie wzmocnionym szklanką.
Nie było minikamer ani innych akcesoriów podglądacza, poza okiem wlepionym w dziurkę od klucza.
Aby dać świadectwo prawdzie, należało coś na własne oczy zobaczyć i na własne uszy usłyszeć. Następnie taką informację przetwarzało się w głowie (na ogół z błędami) i przekazywało dalej.
Tak tworzyła się „atmosfera” wokół rządzących.

W dowolnych czasach, odkąd istnieją hierarchie i klasy, rządząca kasta miała w dupie współobywateli. Myślała o nich jak o magmie, z której należy wycisnąć ile się da. Jednocześnie mając tę magmę w głębokiej pogardzie, czasami złagodzonej pokazową filantropią.
Wyjątki były?
Były.

Ale patrząc globalnie otrzymujemy uogólnienie, a ono może być także takie, jak napisałam.

Utrzymanie odpowiedniego wizerunku miało znaczenie nawet w zamordystycznych totalitaryzmach, bo władza pragnie odgrywać kochającego wuja, szczodrego i zatroskanego o swój lud.

Dziś te zabiegi na nic się już nie zdają.
Nie da się zbudować fasadowej „osobowości” rządzących w czasach, gdy wszyscy wszystkich śledzą, nagrywają i filmują.

Czy należy zatem serdecznie współczuć władzy, że stoi przed nami naga i pozbawiona wdzięku?
Cóż, każdy może współczuć komu tylko zechce i w dowolnej sprawie się nad nim litować.
Lub nie.

Naga władza nie musi się już starać, żeby dobrze wypaść.
I tak wszyscy zobaczyli (usłyszeli) i wyciągnęli wnioski.
I tak nie ma ich kim zastąpić, bo tamci, to dopiero byłby cyrk!

W ten prosty sposób, za pomocą „afery taśmowej” wyświadczono elitom rządzącym kolosalną przysługę: już nie muszą się starać i udawać, że są lepsi, niż są.

Metaforycznie rzecz ujmując – jeśli już wylejesz na siebie barszczyk, to śmiało możesz się uświnić drugim daniem.
Na jedno wychodzi.

Gdy już wiemy, że polityczna elita uważa nas za przygłupów, ciemnym ludem zwanych, nie będziemy się czepiać, gdy nazwą nas na dokładkę złodziejami.
Łykniemy i potwierdzimy (taaa, jak moja babcia tak miała, to tak właśnie byyyło) wszystko, co nam do potwierdzenia rzucą. Najświeższy przykład?
A proszę:
Była szansa, żeby wprowadzić  bezpłatne medykamenty dla najbardziej potrzebującej pomocy grupy ludzi starych, o niskich dochodach. I co usłyszeliśmy?
Najpierw z dumą wypowiedział się senator PO, Filip Libicki:„To ja złożyłem wniosek o odrzucenie tego projektu. To ja zabrałem te darmowe leki emerytom”
Brawo, panie senatorze.
Ale właściwie dlaczego?

Dowiedzieliśmy się, że bezpłatne leki będą przez staruszków masowo nadużywane i łykane jak pestki dyni.
Że tak to działa.

Nikt nie sprawdził (a przecież można zapytać kolegów z Wielkiej Brytanii), ale już są eksperci, którzy wiedzą lepiej.

Ale najważniejszy argument „przeciw” brzmi jeszcze bardziej kuriozalnie.
Nie można tego wprowadzić, bo… wtedy wszyscy będą oszukiwać.
A może nawet będą terroryzować biednych staruszków, żeby im odstępowali bezpłatne recepty.

Tak właśnie powiedziano – nie możemy jako społeczeństwo otoczyć troską ubogich, chorych i starych, ponieważ jesteśmy społeczeństwem złodziei.
Może ten i ów jeszcze nic nie ukradł, ale na pewno ukradnie, jeśli tylko stworzymy taką furtkę.

Przyznam, że nie wierzyłam własnym oczom.
Tym bardziej zdumiewa brak reakcji, zero protestu.

A już zupełnie szczęka opada na widok entuzjastycznych komentarzy w sieci:
Ma rację!
Tak, właśnie tak!
Wszyscy jesteśmy złodziejami.

Wiemy, jak władza o nas, zjadaczach powszedniego chlebusia myśli i co do nas czuje.
Tak naprawdę, bez upiększeń i kokieterii.

I, jakże zabawne, my myślimy o władzy dokładnie to samo.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 33/2014

Felietony

komentarze (5)

Aktualności

W odpowiedzi na pełne (życzliwego) niepokoju zapytania:
Wszystko w porządku. Nie piszę, ponieważ nie wydarzyły się rzeczy godne opisania. Lub też wydarzyły się takie, których opisywać nie zamierzam.
To raz.

Dwa:
Nie chcę się rozpraszać, bo jestem ciągle popędzana przez kilkoro niecierpliwych i wścibskich fanów Dziuni. Nie mogą się doczekać kolejnych plotek na jej temat.

Trzy:
Mogłabym z wielkim entuzjazmem, potoczyście i obszernie opisywać życie moich czworga czworonogów (czyli jednego szesnastonoga). Obawiam się jednak posądzeń o obsesję na ich punkcie. Tak, tę obsesję, której objawy bez najmniejszych wątpliwości zdradzam.

A skoro już jesteśmy przy kotach, to owe stworki niedługo będą miały cztery miesiące. Oprócz macierzystej Buni, przypomnę, mieszkają z nami: Owieczka, Maciuś i Kropka.

Owieczka bardzo urósł i teraz ma na imię Owca.
Gdy przyniesie pierwszą upolowaną mysz, zmienimy mu imię na Łowca.

Maciuś został obejrzany od spodu i jest jednak kotką.
Dlatego jego bieżące imię brzmi: Zośka.

A Kropka, szara, niepozorna miłośniczka skarpetek i zatyczek do uszu… no cóż, pozostaje w cieniu swojego wybitnego rodzeństwa.

Owca potrafi skakać po gałęziach jak małpiatka, robić wymyki i salta.

Zośka jest kotem głaskalno-mruczalnym.
Jest gruba i dlatego ma ksywkę Serdel.
Zośka Serdel pozdrawia internautów, siedząc przy stole jak to człekot.

Owca – Łowca siedzi mi na plecach, żując gumkę, którą związałam warkocz.

A Kropka… jak zwykle nikt nie wie, gdzie ona jest.
Tylko skarpetek na sznurku coraz mniej.

zdjęcia: Krzysztof Nowakowski

Autor: admin

22 sie 2014 o 20:00.

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

komentarze (16)

A panie chlipały: chlip, chlip

Doprawdy, puchnijmy z dumy! Oto Morskie Oko zostało uznane przez Amerykanów za jedno z pięciu najpiękniejszych jezior na świecie. Ranking przeprowadziła prestiżowa gazeta Wall Street Journal.

Amerykanie lubią podążać za rankingami, można się więc spodziewać licznych odwiedzin. Gdy już sprawdzą na mapie, że Tatry leżą w Polsce, a nie za Uralem, zapragną ujrzeć na własne oczy to urzekające piękno.

 Wall Street Journal kusi takimi słowy:
 „Morskie Oko osadzone jest na dnie błękitno-zielonej doliny po polskiej stronie Tatr. Zimą skute lodem, latem stada kozic jedzą delikatną roślinność na zboczach okolicznych gór”.
Romantycznie, prawda?

Rankingowe zachęty nie zawierają informacji, że aby doczłapać do jeziora, trzeba pokonać dystans 10 kilometrów. Dystans chyba zabójczy, skoro miliony normalnych zdrowych turystów nie są w stanie pokonać go „z buta”. Czyli na własnych nogach.
Dlaczego?
Cóż, to jest jedna z prawd o naszym gatunku (po tyyylu milionach lat ewolucji!), leżąca na skrzyżowaniu chciwości jednych i lenistwa drugich. Jednym i drugim zgodnie brakuje elementarnego współczucia dla innych żywych istot.
Zamiast ruszyć tyłki ku Morskiemu Oku, turyści sadzają je na wozach wleczonych przez konie. Wóz taki, fasiągiem zwany, malowniczo przystrojony (albo i nie), powożony jest przez wozaka. Czyli fiakra.

Fiakrzy – dla uciechy turystów – noszą kierpce i sukienne portki, haftowane w parzenice. Nie mam pojęcia, jak wytrzymują w tych gaciach w upalne dni.
Jednak wcale im nie współczuję, bo oblekają się w te szmaty dobrowolnie.

Współczuję za to ich koniom.

Romantyczne opisy amerykańskich biur podróży zapewne nie zawierają tej informacji:
 „Tatrzański oddział TOZ przeanalizował co stało się z końmi, które woziły turystów w zeszłym sezonie. Dane są zatrważające – 3 padły z wycieńczenia na trasie, aż 44 oddano do rzeźni po zaledwie kilku miesiącach pracy”.

To są fakty.
A ich interpretacja? Zacytuję za pewnym portalem internetowym:
„Szymon Ziobrowski (TPN) wierzy w zdrowy rozsądek fiakrów. – To ich praca, a za konie płacą po kilkanaście tysięcy złotych. Nie sądzę, żeby świadomie pozwalali na to, żeby koniom stała się krzywda”.

Wiara w czyjkolwiek zdrowy rozsądek może się wydawać dobrą rzeczą.
Chyba, że oceniamy skutki tej wiary: brak refleksji i jakiejkolwiek zorganizowanej kontroli nad losem trzystu stworzeń, wlokących się dzień w dzień pod górę (i pędzonych z góry, byle szybciej).

Te inteligentne, piękne, czujące stworzenia ciągną przeładowane wozy, na których leniwie spoczywają cielska innych czujących stworzeń.
Może nie tak pięknych, ale ponoć inteligentnych!
I nic.
Żadnej refleksji, żadnej wątpliwości.

Płacisz cztery dychy, pakujesz zad i jedziesz.
Może dojedziesz.
Może nie.
Bo czasem koń pada w dyszlu i już nigdy nie wstaje.

Wtedy przez chwilę wszyscy są zbulwersowani.
Bo nie dostał pić i wypocił wszystkie elektrolity.
Zatrzymało mu się serce.
Bo ciągnął, ledwo żywy, ciężar ponad końskie siły, więc pot lał się z niego strumieniami.

Kilka dni temu znowu padł koń na trasie do najpiękniejszego jeziora.
Tam, gdzie szczęśliwe kozice skubią delikatną roślinność.

Czy ktoś się tym przejął?
Ależ tak, jeszcze jak!
Można było poczytać o tym, jak wrażliwa jest ta nasza ludzka rasa: że ludzie byli tak niesamowicie wzburzeni, aż zdjęcia leżącego konia pstrykali, od razu pakując je w internet.
A niektóre panie to się nawet popłakały.

Chlipały szczerze nad losem biednego konika.
Jeszcze chwilę temu były dla niego źródłem udręki, ciężarem. Ale wystarczyło, że zdechł w męczarniach, żeby obudzić w nich to serdeczne chlipanie.

Dwudziesty pierwszy wiek.
Druga dekada.
Wiek dronów, bezprzewodowej komunikacji, rozkwitu mechaniki kwantowej, nanotechniki i tryliona innych przebłysków ludzkiego geniuszu. Dysponujemy pojazdami, które mogłyby cicho i bez wydalania spalin wozić do najpiękniejszego jeziora tych, którzy iść nie mogą. Starców, inwalidów; oni też mają prawo podziwiać pasące się kozice.
Ale cała reszta?
No proooszę państwa!
Niechże wozacy sami ciągną swoje wozy.
W sukiennych portkach, w upale.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 30/2014

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress