Anna Maria Nowakowska

pisarka, felietonistka, autorka powieści "Dziunia"

Felietony, Fotoreportaż z podróży, News

komentarze (5)

Czas Zmartwychwstania

Życzymy Wam, drodzy Ludzie, tego wszystkiego, co Wam się należy z okazji nadchodzących Świąt.

Ode mnie przyjmijcie życzenia pobożne (Bożego błogosławieństwa) bo jestem pobożna.

Od Łysego zaś życzenia wizualne, czyli galerię z martwych powstającej przyrody nad rzeczką Zdziwójką.
Bo jest artystą.

Tęcza jest od nas obojga, na znak solidarności ze wszystkim, co tęczowe i świetliste.

A przy okazji:
Widziałam w stolicy kolejki do konfesjonałów, kościoły pełne ludzi. Z wielką przewagą młodych, odwrotnie niż tu u nas.

Tu (w mojej i sąsiednich parafiach) w ławkach kościołów dominuje moher nagłowny koloru łososiowego (muszę się dowiedzieć, o co w tym może chodzić). Moher spoczywa na głowach w wieku średnim i bardzo średnim, przeważnie siwych. Młodych niewielu… a, czekajcie. Właśnie mnie olśniło! Może oni po prostu wyjechali do Warszawy?

Jestem podniesiona na duchu, pokrzepiona pięknie sprawowaną liturgią Wieczerzy Pańskiej i wielkim tłumem wiernych w kościele św. Michała Archanioła na Puławskiej.
I już nie czuję się tak osamotniona w swoim poszukiwaniu sensu w galaktykach nonsensu. Jeśli wiecie, co mam na myśli, to dobrze. Jeśli nie, drugie dobrze.

Składam Wam zatem tysiąc razy po tysiąc dobrych życzeń.

zdjęcia: Krzysztof Nowakowski

Autor: admin

18 kwi 2014 o 17:14.

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

komentarze (6)

Matki bolesne

Cały nasz pobożny naród wziął udział w tegorocznych rekolekcjach przed-wielkanocnych.

Kto ma uszy do podsłuchiwania, oczy do gapienia i gębę do kłapania, ten osobiście oddawał się wielkopostnym ćwiczeniom duchowym roku pańskiego dwa tysiące czternastego.

(Ta stuprocentowa aktywność w niczym się nie kłóci z dumnie obchodzonymi Dniami Ateizmu, a wręcz przeciwnie. Oba te zjawiska są ze sobą spójne, wewnętrznie niesprzeczne i wzajemnie się uzupełniają. To były rekolekcje ekumeniczne, czyli międzywyznaniowe.)

Rekolekcje, jak wiadomo, są po to, żeby się zebrać w sobie, pójść po rozum do serca i po miłość do głowy, a czasem (rzadziej) na odwrót. Żeby przystanąć, puknąć się w głowę, zawołać „acha!”, popatrzeć do lustra, skrzywić się z niesmakiem i zauważyć, że stworzenie, które się na nas stamtąd gapi, to istna małpa (przepraszam urażone małpy). Lepiej więc  nauczyć się patrzeć tam, gdzie spoglądać warto i należy.

Słowem – ćwiczenia są po to, żeby się w czymś dobrym usadowić i tam utwierdzić, zamiast błąkać się po tej ziemi jak kępa pustynnej trawy.
A skoro tak, to już nie muszę dodawać, że wszelkie próby sprostania tym celom są z góry skazane na porażkę.

I to jest w porządku, siostry i bracia, bo mamy podążać ku świętości, a nie – broń Boże – świętymi się stać raz na zawsze.

Tematem tegorocznych rekolekcji były Matki Bolesne, a owocem stał się obłok sromotnego wstydu. Wstydzą się jednak tylko ci, którzy mają narząd do wstydzenia – sumienie. Czyli nie wszyscy. 

Ale po kolei.
Matki bolesne przybyły do sejmu, wlokąc swoje krzyże, swoje dzieci. Dzieci są w różnym stopniu kalekie, chore, cierpiące, w pełni świadome swojej inności, bezbronne i wykluczone już na wstępie.
Matki bolesne są heroiczne, kochają do szaleństwa, bezgranicznie oddane swojej misji.
Toczą całodobową, całożyciową, nieustającą batalię o każdy oddech swojego dziecka, o każdy dzień jego życia.

Jeśli istnieje bardziej wyrazista definicja człowieczeństwa, to konia z rzędem temu, kto mi ją wynajdzie.

Ludzkie matki boleśnie kochające, na co dzień niewidoczne, bo razem z dziećmi uwięzione w ścianach, łóżkach, wózkach, medykamentach, maszynach i kablach.
I oto jest okazja, żeby je zobaczyć, wysłuchać, wesprzeć i pomóc, czyli poprzez ich człowieczeństwo dodać człowieczeństwa sobie.

Rekolekcje na skalę niespotykaną, wystarczyło włączyć telewizor. Jeszcze bliżej źródła miłości bliźniego byli nasi politycy – matki bolesne i ich dzieci mieli na wyciągnięcie ręki.

Obraz, który nakreśliłam jest oczywiście schematyczny. Z konieczności pomijam indywidualne różnice, pomijam bolesnych ojców, którzy też tam byli. Pomijam, bo mam tu w gazecie ograniczoną ilość znaków do postawienia, jak się domyślacie.
.
Całe to zdarzenie poruszyło mnie na tyle mocno, że jeździłam do Epifanii do Chorzel oglądać rekolekcje w telewizji. A później jeszcze poprawiałam internetem, żeby niczego nie uronić.
Widziałam konfuzję premiera Tuska, próbującego różnych sztuczek, żeby się nie rozkleić wobec bezmiaru ludzkiego bólu, który mu się przed nosem bezwstydnie rozłożył na widoku publicznym. Ale już za chwilę głosy się podniosły, że – olaboga – pan premier taki zajęty ratowaniem świata przed wojną, a tu go ciągają i zmuszają do zajmowania się drobiazgami.
Naprawdę.
Są takie punkty widzenia, z których ludzkie cierpienie jest kłopotem cierpiącego i jego najbliższych.

Po tylu milionach lat ewolucji, po dwóch tysiącleciach chrześcijaństwa, wciąż można stanąć w takim ciemnym miejscu, w którym ludzka osoba jest niczym. Można to nawet dosadnie wyrazić w świetle reflektorów.

Ajatollah wyznania darwinowego Stefan won Niesiołowski (ten, których zalecał głodnym, żeby żarli szczaw i mirabelki i zabraniał karmić ptaszki), potraktował matki tak, jak tylko on potrafi ze swojego zakątka ewolucji: roześmiał im się w twarz. 
Na ten sygnał wszelkiej maści pomniejsi barbarzyńcy jęli wytykać bolesnym matkom, że wcale nie są takie biedne, skoro mają zegarki, komórki, buty i – zgroza – torebki.
A jedna, ludzie kochani, to była nawet zagranicą, na wakacjach sobie była. W Chorwacji!
To jaka ona biedna, pyta lud?
Dlaczego jej dawać więcej?

W końcu, zachęceni ogólnym jazgotem odezwali się mamonici (wyznawcy Boga Pieniądza): po co inwestować w niesprawnych obywateli, skoro dla stada nie będzie z nich żadnego pożytku?
Arcybiskup mamonitów, Janusz Korwin-Mikke zanany jest z tego, że kobiety i kalecy budzą w nim niesmak.
Wysłał nawet posła Wiplera, żeby zagłosował przeciwko podniesieniu zasiłków.
I ten poseł zagłosował, jako jedyny się ośmielił, gdy cała reszta uległa człowieczeństwu.

Na koniec, w ramach podsumowania tych duchowych ćwiczeń przypomnę, że tym, co nas różni od zwierząt nie jest bynajmniej wynalezienie pieniędzy. Różni nas to, że zazwyczaj nie skazujemy słabszych osobników na pewną śmierć.
I jest to bardzo nowe, bardzo kruche zjawisko.
Zdrowia życzę.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 14/2014

Felietony

komentarze (14)

Epifania

Wczorajsza wizyta u mojej przyjaciółki Epifanii zakończyła się przyjemnym zgrzytem.

Epifania sama w sobie jest bytem romantycznie przyziemnym, powszednio uduchowionym, egocentrycznie skupionym na innych, życzliwie napastliwym.

Słowem – jest pełną sprzeczności starą klempą o młodym sercu i spierniczałym umyśle, a czasem wręcz przeciwnie.
Drugim słowem – jest po prostu taka sama jak ja, tylko całkiem inna.

Istotą naszej przyjaźni jest nieustająca wymiana dóbr na wszystkich poziomach.
Dobra te przepływają falowo, strumieniowo, skokowo lub kwantowo w rozmaitych formach  i z różnym natężeniem. Czasem w postaci jedzenia, czasem  wolnej myśli, a często bezpostaciowo.

Strumienie (lub fale, lub kwanty) prozy, marchwi, poezji, chleba, psalmu, zupy fasolowej, śpiewu, dań gotowych z biedronki, książek nabożnych i bezbożnych, chusteczek w promocji, modlitwy za, a nawet kota, (który prędko zakończył życie tak samo spektakularnie, jak je zaczął), śmiechu i płaczu, wrednych komplementów i serdecznej krytyki.
A wczoraj doszło coś jeszcze, coś całkiem nowego.
Epifania podarowała mi… siebie.

A to było tak, jak niżej opisano.

Już się żegnałyśmy, stojąc przy bramie, kiedy moja przyjaciółka wybąkała:

- Tylko się nie wścieknij, jak coś na koniec powiem.

Wiedziała, że kiedy się wścieknę, mogę dostać apopleksji lub nawet skrętu kiszek.

- Ale powiem to, żeby nie wiem co! – ryknęła zduszonym szeptem.

Wstrzymałam wdechy i wydechy ze skutkiem niemal śmiertelnym, zaś Epifania trudziła się wewnętrznie, próbując sformułować, co następuje:
- Ty weź się wreszcie do pisania…

W ciszy, która nagle zapadła i wchłonęła całe miasteczko, w tej pełnej oczekiwania ciszy usłyszałam oddech sąsiadki Lobotomii Czyrak, czającej się w kucki za betonowym ogrodzeniem.
Ta wścibska krowa nigdy nie zdoła wstrzymać oddechu na czas, mając rozedmę od ustawicznego zaperzania się w świętym oburzeniu. Chrapnęła, a następnie kichnęła, czym  ciężko okaleczyła błogosławioną ciszę.
Trzeba było jakoś zareagować.

- Szczęść Boże! – zawołałam. – Jak się pani kuca, pani Czyrak?

Lobotomia z chrzęstem w stawach, szurając po ozdobnym żwirku pokicała w głąb swojego podwórza, żeby stamtąd nadejść i zdziwić się na nasz widok.

Tymczasem, nieco rozproszona, trawiłam to, co w twardych, żołnierskich słowach wyrzekła do mnie Epifania.
Cudowne ciepło rozlazło się po mnie jak stado kleszczy i wżarło mi się w oziębłe serce.

Ale już po chwili przyszło znajome zwątpienie. Chlusnęło mi w twarz wiadrem lodowatej niechęci, totalnego zwisu i szczerego wdupiemania.

- Epifanio – zapłakałam. – Wszystko już zostało napisane. Nic dla mnie nie zostało…
- To napisz o mnie. O mnie nikt jeszcze nie napisał.

I oto siedzę, pisząc o Epifanii.
Jeśli będzie miała jakieś żale, to przypomnę jej, że sama chciała.
Że oddała mi siebie, abym miała o czym pisać.

Czy jeszcze ktoś życzy sobie, żeby o nim napisać?
Co?

Autor: admin

8 kwi 2014 o 9:51.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress