Anna Maria Nowakowska

pisarka, felietonistka, autorka powieści "Dziunia"

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

bez komentarza

A panie chlipały: chlip, chlip

Doprawdy, puchnijmy z dumy! Oto Morskie Oko zostało uznane przez Amerykanów za jedno z pięciu najpiękniejszych jezior na świecie. Ranking przeprowadziła prestiżowa gazeta Wall Street Journal.

Amerykanie lubią podążać za rankingami, można się więc spodziewać licznych odwiedzin. Gdy już sprawdzą na mapie, że Tatry leżą w Polsce, a nie za Uralem, zapragną ujrzeć na własne oczy to urzekające piękno.

 Wall Street Journal kusi takimi słowy:
 „Morskie Oko osadzone jest na dnie błękitno-zielonej doliny po polskiej stronie Tatr. Zimą skute lodem, latem stada kozic jedzą delikatną roślinność na zboczach okolicznych gór”.
Romantycznie, prawda?

Rankingowe zachęty nie zawierają informacji, że aby doczłapać do jeziora, trzeba pokonać dystans 10 kilometrów. Dystans chyba zabójczy, skoro miliony normalnych zdrowych turystów nie są w stanie pokonać go „z buta”. Czyli na własnych nogach.
Dlaczego?
Cóż, to jest jedna z prawd o naszym gatunku (po tyyylu milionach lat ewolucji!), leżąca na skrzyżowaniu chciwości jednych i lenistwa drugich. Jednym i drugim zgodnie brakuje elementarnego współczucia dla innych żywych istot.
Zamiast ruszyć tyłki ku Morskiemu Oku, turyści sadzają je na wozach wleczonych przez konie. Wóz taki, fasiągiem zwany, malowniczo przystrojony (albo i nie), powożony jest przez wozaka. Czyli fiakra.

Fiakrzy – dla uciechy turystów – noszą kierpce i sukienne portki, haftowane w parzenice. Nie mam pojęcia, jak wytrzymują w tych gaciach w upalne dni.
Jednak wcale im nie współczuję, bo oblekają się w te szmaty dobrowolnie.

Współczuję za to ich koniom.

Romantyczne opisy amerykańskich biur podróży zapewne nie zawierają tej informacji:
 „Tatrzański oddział TOZ przeanalizował co stało się z końmi, które woziły turystów w zeszłym sezonie. Dane są zatrważające – 3 padły z wycieńczenia na trasie, aż 44 oddano do rzeźni po zaledwie kilku miesiącach pracy”.

To są fakty.
A ich interpretacja? Zacytuję za pewnym portalem internetowym:
„Szymon Ziobrowski (TPN) wierzy w zdrowy rozsądek fiakrów. – To ich praca, a za konie płacą po kilkanaście tysięcy złotych. Nie sądzę, żeby świadomie pozwalali na to, żeby koniom stała się krzywda”.

Wiara w czyjkolwiek zdrowy rozsądek może się wydawać dobrą rzeczą.
Chyba, że oceniamy skutki tej wiary: brak refleksji i jakiejkolwiek zorganizowanej kontroli nad losem trzystu stworzeń, wlokących się dzień w dzień pod górę (i pędzonych z góry, byle szybciej).

Te inteligentne, piękne, czujące stworzenia ciągną przeładowane wozy, na których leniwie spoczywają cielska innych czujących stworzeń.
Może nie tak pięknych, ale ponoć inteligentnych!
I nic.
Żadnej refleksji, żadnej wątpliwości.

Płacisz cztery dychy, pakujesz zad i jedziesz.
Może dojedziesz.
Może nie.
Bo czasem koń pada w dyszlu i już nigdy nie wstaje.

Wtedy przez chwilę wszyscy są zbulwersowani.
Bo nie dostał pić i wypocił wszystkie elektrolity.
Zatrzymało mu się serce.
Bo ciągnął, ledwo żywy, ciężar ponad końskie siły, więc pot lał się z niego strumieniami.

Kilka dni temu znowu padł koń na trasie do najpiękniejszego jeziora.
Tam, gdzie szczęśliwe kozice skubią delikatną roślinność.

Czy ktoś się tym przejął?
Ależ tak, jeszcze jak!
Można było poczytać o tym, jak wrażliwa jest ta nasza ludzka rasa: że ludzie byli tak niesamowicie wzburzeni, aż zdjęcia leżącego konia pstrykali, od razu pakując je w internet.
A niektóre panie to się nawet popłakały.

Chlipały szczerze nad losem biednego konika.
Jeszcze chwilę temu były dla niego źródłem udręki, ciężarem. Ale wystarczyło, że zdechł w męczarniach, żeby obudzić w nich to serdeczne chlipanie.

Dwudziesty pierwszy wiek.
Druga dekada.
Wiek dronów, bezprzewodowej komunikacji, rozkwitu mechaniki kwantowej, nanotechniki i tryliona innych przebłysków ludzkiego geniuszu. Dysponujemy pojazdami, które mogłyby cicho i bez wydalania spalin wozić do najpiękniejszego jeziora tych, którzy iść nie mogą. Starców, inwalidów; oni też mają prawo podziwiać pasące się kozice.
Ale cała reszta?
No proooszę państwa!
Niechże wozacy sami ciągną swoje wozy.
W sukiennych portkach, w upale.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 30/2014

News

komentarze (23)

Ktoś

Prosimy o pomoc w rozwiązaniu zagadki.
Stworzenie to wylądowało na dachu z wielkim łoskotem.
Mała pliszka siedząca obok komina nawet nie drgnęła; pliszki to przedziwne ptaszęta.

Nie wiemy, co to za jegomość. Jest wielkości gołębia (w pierwszej chwili wydawało nam się, że to gołąb, ale zaraz się napuszył). Siedział spokojnie kilka minut, pozował do zdjęć, po czym odleciał.

A pliszka została.

Kto to był? Czy ktoś zna odpowiedź?

Autor: admin

25 lip 2014 o 20:57.

Felietony, Curriculum curiosum, Dziunia

komentarze (13)

Sprężam się… i odprężam

Tak, zdecydowanie pomagają mi pytania w rodzaju: no kiedy wreszcie?
Natychmiast się sprężam, zbieram w sobie, siadam do laptopa i dziuniam.
Innymi słowy: dziunipiszę.

Epifania użaliła się na mój widok:
- Ojej, na czym ty siedzisz! Nawet porządnego krzesła do pisania nie masz.

No cóż, piszę, siedząc na ogrodowym, plastikowym foteliku. W domu mam jeden w kolorze jeloł, a na zewnątrz siaduję na białym. To białe barachło jest do dupy, bo się gnie i wije w upale.
Moje pisarskie krzesło zostało w Saint Helens, a na nowe… nieważne.

Epifania zapragnęła ulżyć mej domniemanej niedoli i zaoferowała drewniane, masywne krzesło od kompletu, na widok którego ciarki mi pobiegły w stronę krzyża i z powrotem.
Nigdy!
Nie!
Usiądę!
Na!
Krześle!
Do!
Tortur!
Chyba, że zacznę opisywać wątek sado-maso.

Obawiam się, że dziuniopisanie rozciągnie się na wieczność, jeśli nie przestanę cyzelować dziesięć razy tego samego akapitu. No, ale jak ja mam przestać, skoro raz mi się podoba to, a raz śmo?

Jednego dnia używam słowa „uwaga”, następnego wolę „percepcja” bo ładniej się komponuje z całością zdania i ma lepszy rytm. Po czym dochodzę do wniosku, że zmienię całość tak, żeby użyć słowa „świadomość”, które ma szerszy zakres znaczeniowy i podprowadzi mnie w stronę sprytnej dygresji.

Oto skutki nadmiaru, w tym wypadku nadmiaru słów w słowniku.
Zwłaszcza synonimów i słów pokrewnych.

Gdybym znała słów kilkaset, mogłabym napisać zgrabny romans i za zarobione pieniądze kupić sobie krzesło. Obrotowe, żeby się pokręcić, gdy mi się znudzi tkwienie licem na północ.

Wracając do tego, co istotne: z wiekiem (wiek jest świetną wymówką na każdy idiotyzm) staję się perfekcjonistką. Taką, co dzierga i pruje. Taką, co niczego nie kończy, dopóki nie jest doskonałe. Czyli nigdy.

No dobra, aż taką to nie jestem.
I mam nadzieję, że nie idę w tym kierunku.

Po prostu chcę napisać dobrą książkę.
Nie dla siebie, prawda?
Przecież nie ja będę ją czytać, prawda?

Idę się odprężyć.
Groszek cukrowy odpręża znakomicie.
Odprężona, może wreszcie przestanę się znęcać nad własnym tekstem.
A może nie.
Do miłego!

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress