Anna Maria Nowakowska

pisarka, felietonistka, autorka powieści "Dziunia"

Felietony

komentarze (17)

Szkodliwy zabieg lingwistyczny

Napisanie tego felietonu jest tylko szkodliwym zabiegiem lingwistycznym.
Bo przecież nic nie jest takie, jakim się wydaje.
Czasami jest, ale wtedy uważamy, że tym bardziej nie.

Stąd: To nie jest żaden felieton, to jest tylko szkodliwy zabieg lingwistyczny.
Na tym mogłabym zakończyć, ale na złość czytelnikom będę pisać dalej.

Mój poprzedni tekst wstrzelił się w gorącą medialną kwik-dyskusję o pedoedukacji.
Zwolennicy fuckają na przeciwników i wice wersa.
Rozgawor wszedł na poziom wysokoenergetyczny.

Trochę żal tej energii, bo cała debata zmieniła się w trzecioligowy mecz ideologiczny: na jednej bramce samozwańcze Aseksualne Boże Dzieci, na drugiej domniemane Rozwiązłe Pomioty Diabelskie.

[Zamiast pieprzyć farmazony, jedni i drudzy mogliby posprzątać lasy w mojej okolicy. Bo syf i malaria takie, że wstydzę się wspominać, iż pobliski Przasnysz jest stolicą kulturalną Mazowsza. Fuj, ładna mi stolica.]

Fundacja Dzieci Niczyje, którą cenię i szanuję za ogrom pracy włożonej w ochronę dzieci przed nadużyciami i augiaszowy trud niwelowania skutków tych nadużyć, zachowuje się niemądrze.

Niemądre jest sugerowanie, że ćwierć miliona podpisów pod akcją STOP PEDOFILII złożyła banda ciemnych kołtunów, którzy nie kumają, że mamy dwudziesty pierwszy wiek. Statystycznie takie stężenie kołtuństwa jest mało prawdopodobne. Musi być jakieś inne wyjaśnienie tego fenomenu.

Nie wierzę, że żadna z wykształconych, światłych i oddanych sprawie kobiet z FDN nie zajrzała w MATRIX i nie zadrżała ze zgrozy. O co więc chodzi w tej rozgrywce? Czy tylko o opowiedzenie się po właściwej stronie? I skąd wiadomo, która jest właściwa, a która tylko ideologicznie poprawna?

Kto jak kto, ale wy powinnyście ruszyć wyobraźnią i przewidzieć, co się wydarzy, gdy w szkole wprowadzimy zajęcia z macania genitaliów.
Nie przekonuje mnie, bo fakty temu przeczą, że jeśli ktoś będzie miał certyfikat (macanta, masturbanta, technika genitalizacji), to dzieci pod jego opieką będą bezpieczne.
Nie, do diabła. Nie będą.
Czy wszyscy już zapomnieli terapeutę-pedofila? Tak, tak jest wygodniej, bo przecież sami podsuwaliśmy mu klientów.
A pomniejsze aferki z panami od wuefu, paniami od polskiego?
Oni wszyscy mieli/mają/będą mieć certyfikaty. Czasem święcenia kapłańskie. Lub doktoraty świeckie. Obojętnie. Skłonność do używania dzieci jako maskotek seksualnych nie jest limitowana wykształceniem ani tytułem i wy tam w FDN dobrze o tym wiecie.

FDN nazywa akcję STOP PEDOFILII "szkodliwym zabiegiem lingwistycznym". Szkodliwe jest ponoć zrównywanie edukacji seksualnej z pedofilią.

Ja też tak uważam.

Lingwistycznie uważam tak samo i jeszcze bardziej.
Bardzo, bardzo szkodliwe jest zrównywanie edukacji seksualnej z pedofilią, co do narzędzi, programu i metody prowadzenia tej edukacji.

To wszystko, co mam w tej kwestii do powiedzenia.
Edukacja – TAK.
Edupedofilia – NIE.

Teraz, zamiast urządzać ideologiczne demonstracje, należy się zająć przygotowaniem programu, który będzie dzieci edukował, a nie cofał w rozwoju do stadium królika.

To, że pomijam tu kwestie moralności, prawa rodziców do decydowania o zestawie wartości zapuszczanych do umysłu dziecięcia i te pe i te de nie znaczy, że uważam to za nieważne.

Ujmę to wprost: gdyby ktoś moje dziecko w ramach zajęć szkolnych zachęcał do zabawy w lekarza z nauczycielką (argumentując, że i tak się w to bawi, bo to etap rozwojowy) to bym go z całą szkołą i całym systemem oświatowym oskarżyła z kilku artykułów KK. Mam w dupie, czy ktoś mnie z tego tytułu uzna za pruderyjną kołtunkę niekumającą dwudziestego pierwszego wieku. To tylko zabiegi lingwistyczne. Szkodliwe lub też zupełnie nieszkodliwe, zależy, czy się lubicie przywiązywać do cudzych opinii o sobie.

[Nawiasem mówiąc, jeśli ktoś będzie przejeżdżał przez Chorzele, to zwróćcie uwagę, jak tu ślicznie. Miasteczko ma już trzy fontanny: dwie w kształcie kamiennych urynałów i jedną tuż przy kościele, wieczorem zmieniającą się w barwny ejakulat.
O, widzicie?
Przez tę seks-edukację wszystko mi się sek-su-a-li-zuje.

A skoro będziecie już w moim miasteczku, to pod żadnym pozorem nie korzystajcie z przenośnej toalety, umieszczonej obok dworca PKS. To pułapka, wypełniona bronią biologiczną. Nie wiemy, kto stoi za tym straszliwym obciachem, ale z pewnością jakiś zwolennik przeciwników, albo przeciwnik zwolenników. Na szczęście tuż obok jest Biedronka, a w niej bezpłatna toaleta. Portugalski ślad na polskiej ziemi.]

I tyle miałam do powiedzenia – jak zwykła się żegnać moja przyjaciółka Epifania.

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

jeden komentarz

Co, do cholery?

Nie włączam się do dyskursu, dopóki nie posiądę odpowiedniej wiedzy w dyskutowanym obszarze. Zazwyczaj.

Zresztą jest tylu chętnych (laików i ekspertów) do zabierania głosu w dowolnej sprawie, że spokojnie mogę sobie milczeć na wieki.

Nie dane jednak mi będzie przemilczenie medialnej akcji „Stop pedofilii”.
Od pewnego czasu jestem nękana emailami z prośbą o podpisanie petycji, oprotestowującej plany seksualnego edukowania dzieci i młodzieży.
Niczego nie podpisuję w ciemno, jestem fanką wszechstronnego edukowania i nie daję wiary katastroficznym wizjom demoralizacji przez samo wspomnienie o ludzkiej seksualności.

Chcąc nie chcąc pokonałam wrodzone lenistwo i sięgnęłam po lekturę.
„Standardy edukacji seksualnej w Europie” – czy pod takim tytułem może kryć się coś godnego uwagi?
Owszem.
Z czystym sumieniem polecam staranną lekturę, zwłaszcza tym, których to dotyczy. A dotyczy… wszystkich.

Wszyscy mamy interes w tym, żeby kolejne pokolenia były zdrowe psychicznie i w miarę normalne, prawda? Dlatego nie tylko można, ale wręcz należy przemóc zdrowy wstręt do oficjalnych dokumentów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i słowo po słowie, zdanie po zdaniu, rozdział po rozdziale prześledzić ich wytyczne. A następnie zadać sobie kilka pytań, poczynając od co, do cholery?!

Lektura w znacznej części nie jest ekscytująca. Ot, standaryzowany bełkot na temat „dobrostanu przyszłych generacji”, bogaty w tezy, które można udowodnić równie łatwo, co ich przeciwieństwa.
Bla, bla, edukacja jest potrzebna bo.
Bla, bla, człowiek jest istotą seksualną i dlatego.
Bla, bla, zapobiegać należy nadużyciom wobec.

I temu podobne truizmy. Nic poruszającego.

Aż nagle:
Co, do cholery? – zadałam sobie pytanie, kiedy dotarłam do części zwanej MATRYCA.

Matryca, czyli wzór do prowadzenia zajęć. Ułożona wedle wieku, poczynając od… czterolatków.
Czego zatem WHO pragnie dla naszych przedszkolaków? Oto ważna uwaga z samego serca dokumentu: „Wytyczne przedstawiają to, co uczeń powinien umieć zrobić po tym, jak uczestniczył w zajęciach dotyczących edukacji seksualnej”.

Serio?
No to podpatrzmy, co powinien umieć zrobić czterolatek.
Skromniutko: Uczeń w wieku lat czterech ma opanować „ (…) radość i przyjemność z dotykania własnego ciała, masturbacji w okresie wczesnego dzieciństwa. Odkrywanie własnego ciała i własnych narządów płciowych.”
Taaa.

Zakładając, że wedle zaleceń zajęcia będą prowadzone metodami aktywnymi, pytam całkiem serio: kto i w jaki sposób będzie prowadził te lekcje? Czy powstanie zupełnie nowa specjalizacja na kierunku pedagogicznym? Dajmy na to –masturbator?

Dalej: „Rozwój dobrego samopoczucia, odczuwania bliskości i zaufania poprzez kontakt cielesny i budowanie więzi emocjonalnych”.
A z kim te dzieci mają się tak przytulać?
Z panią od rytmiki, czy może z katechetą?
Nie, no skądże! Zapewne przedszkola zatrudnią przytulatora.

Czego będzie uczył i czego wymagał taki przytulator?
Och, nic takiego, to będzie zaledwie „uzyskanie świadomości, tożsamości płciowej. Rozmowa o przyjemnych i nieprzyjemnych odczuciach dotyczących własnego ciała. Wyrażanie własnych potrzeb, życzeń i granic, na przykład w kontekście zabawy w lekarza. (…) Ciekawość dotycząca własnego ciała i ciał innych osób”.

I znowu pytam grzecznie: kto i w jaki sposób będzie tę ciekawość ciała zaspokajał na zajęciach edukacyjnych?

Tak przygotowany czterolatek przejdzie do następnej fazy edukacji, by w wieku lat sześciu w pełni opanował „stosowny język seksualny, uczucia seksualne (bliskość, przyjemność, podniecenie) jako część ludzkich odczuć”.

Nie dziwi zatem wcale, że już dziewięciolatek zrozumie „pojęcie akceptowalne współżycie/seks, odbywany za zgodą obu osób, dobrowolny, równy, stosowny do wieku i kontekstu, zapewniający szacunek dla samego siebie.”

Nie jest do końca jasne, bo dokument nie precyzuje, jaki seks jest stosowny do wieku lat dziewięciu. Czy pozostawienie edukatorom dowolności w tej sferze jest dobrym pomysłem?

Trochę sobie kpię, jak to w humoreskach bywa, ale tak naprawdę włos mi się jeży na głowie, kiedy przyglądam się z bliska treściom umieszczonym w MATRYCY.

Prześladuje mnie obraz hodowli radosnych, skupionych na entuzjastycznej masturbacji małpiatek. Które wyrosną na radosne, szczerze oddane swobodnej kopulacji małpy.

Wiecie co?
Chyba jednak podpiszę tę petycję.
Stop pedofilii, ukrytej w edukacyjnym MATRIXIE.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 35/2014

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

komentarze (17)

Obywatel przygłup i obywatel oszust

Stosunek osoby u żłoba (czyli u góry) do postawionego na dole (szarego kaszankojada) obywatela, jest przedmiotem maskującej gry psychologicznej, zwanej polityką społeczną. Celem tej gry jest to i tylko to, żeby kaszankowy obywatel nigdy się nie dowiedział, jak władza naprawdę o nim myśli i co naprawdę do niego czuje.
Relacja rządzących do tych, którzy ich żywią jest wszak w demokracji czynnikiem, który przekłada się wprost na liczbę głosów w najbliższych wyborach. Dlatego należy pilnie strzec tajemnic władzy, a zwłaszcza tajemnicy relacji władza-obywatel.

Dawno, dawno temu, (droga młodzieży, wy pewnie w to nie uwierzycie) nie było urządzeń podsłuchowych, poza uchem przystawionym do ściany, ewentualnie wzmocnionym szklanką.
Nie było minikamer ani innych akcesoriów podglądacza, poza okiem wlepionym w dziurkę od klucza.
Aby dać świadectwo prawdzie, należało coś na własne oczy zobaczyć i na własne uszy usłyszeć. Następnie taką informację przetwarzało się w głowie (na ogół z błędami) i przekazywało dalej.
Tak tworzyła się „atmosfera” wokół rządzących.

W dowolnych czasach, odkąd istnieją hierarchie i klasy, rządząca kasta miała w dupie współobywateli. Myślała o nich jak o magmie, z której należy wycisnąć ile się da. Jednocześnie mając tę magmę w głębokiej pogardzie, czasami złagodzonej pokazową filantropią.
Wyjątki były?
Były.

Ale patrząc globalnie otrzymujemy uogólnienie, a ono może być także takie, jak napisałam.

Utrzymanie odpowiedniego wizerunku miało znaczenie nawet w zamordystycznych totalitaryzmach, bo władza pragnie odgrywać kochającego wuja, szczodrego i zatroskanego o swój lud.

Dziś te zabiegi na nic się już nie zdają.
Nie da się zbudować fasadowej „osobowości” rządzących w czasach, gdy wszyscy wszystkich śledzą, nagrywają i filmują.

Czy należy zatem serdecznie współczuć władzy, że stoi przed nami naga i pozbawiona wdzięku?
Cóż, każdy może współczuć komu tylko zechce i w dowolnej sprawie się nad nim litować.
Lub nie.

Naga władza nie musi się już starać, żeby dobrze wypaść.
I tak wszyscy zobaczyli (usłyszeli) i wyciągnęli wnioski.
I tak nie ma ich kim zastąpić, bo tamci, to dopiero byłby cyrk!

W ten prosty sposób, za pomocą „afery taśmowej” wyświadczono elitom rządzącym kolosalną przysługę: już nie muszą się starać i udawać, że są lepsi, niż są.

Metaforycznie rzecz ujmując – jeśli już wylejesz na siebie barszczyk, to śmiało możesz się uświnić drugim daniem.
Na jedno wychodzi.

Gdy już wiemy, że polityczna elita uważa nas za przygłupów, ciemnym ludem zwanych, nie będziemy się czepiać, gdy nazwą nas na dokładkę złodziejami.
Łykniemy i potwierdzimy (taaa, jak moja babcia tak miała, to tak właśnie byyyło) wszystko, co nam do potwierdzenia rzucą. Najświeższy przykład?
A proszę:
Była szansa, żeby wprowadzić  bezpłatne medykamenty dla najbardziej potrzebującej pomocy grupy ludzi starych, o niskich dochodach. I co usłyszeliśmy?
Najpierw z dumą wypowiedział się senator PO, Filip Libicki:„To ja złożyłem wniosek o odrzucenie tego projektu. To ja zabrałem te darmowe leki emerytom”
Brawo, panie senatorze.
Ale właściwie dlaczego?

Dowiedzieliśmy się, że bezpłatne leki będą przez staruszków masowo nadużywane i łykane jak pestki dyni.
Że tak to działa.

Nikt nie sprawdził (a przecież można zapytać kolegów z Wielkiej Brytanii), ale już są eksperci, którzy wiedzą lepiej.

Ale najważniejszy argument „przeciw” brzmi jeszcze bardziej kuriozalnie.
Nie można tego wprowadzić, bo… wtedy wszyscy będą oszukiwać.
A może nawet będą terroryzować biednych staruszków, żeby im odstępowali bezpłatne recepty.

Tak właśnie powiedziano – nie możemy jako społeczeństwo otoczyć troską ubogich, chorych i starych, ponieważ jesteśmy społeczeństwem złodziei.
Może ten i ów jeszcze nic nie ukradł, ale na pewno ukradnie, jeśli tylko stworzymy taką furtkę.

Przyznam, że nie wierzyłam własnym oczom.
Tym bardziej zdumiewa brak reakcji, zero protestu.

A już zupełnie szczęka opada na widok entuzjastycznych komentarzy w sieci:
Ma rację!
Tak, właśnie tak!
Wszyscy jesteśmy złodziejami.

Wiemy, jak władza o nas, zjadaczach powszedniego chlebusia myśli i co do nas czuje.
Tak naprawdę, bez upiększeń i kokieterii.

I, jakże zabawne, my myślimy o władzy dokładnie to samo.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 33/2014

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress