Anna Maria Nowakowska

pisarka, felietonistka, autorka powieści "Dziunia"

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

komentarze (6)

Człapie nowe

Aura drżączki przedwyborczej  jest podobna tej, którą generuje pełnia księżyca. Jedno i drugie charakteryzuje się nieprzeciętnym pobudzeniem psychomotorycznym.
Przekładając na język potoczny: Człowiek zaczyna się kręcić jak nosiciel owsików, trochę bez sensu, ale za to non stop.
Któż to się tak kręci i wierci?
I włóczy się i nawiedza?
Kto tak gorączkowo/owsikowo łaknie kontaktu z prostym człowiekiem, jak Polska długa i szeroka?
Czy ktoś już zgadł, o kim piszę? 

A piszę to ja, prosty człowiek, który przez krótką chwilę staje się ważny w swej zwyczajności. Oto zwyczajny ten obywatel w okresie przedwyborczym przestaje być zawalidrogą, petentem, roszczeniowym interesantem, a staje się bogactwem naturalnym. Które należy pilnie pozyskać i szybko zużyć, zanim dobierze się doń ktoś inny.
Wybory są ważne nie tylko dla aktualnych „onych”. To przecież ma znaczenie i dla nas, prostego ludu. W końcu tych, których wybierzemy teraz, będziemy oglądać przez następne czterolecie. I to nie w telewizorze, tylko oko w oko.

Telewizor można wyłączyć, a nawet wyrzucić przez okno.
Razem z tymi, którzy się w nim lansują.
Z lokalną władzą nie da tego zrobić.
Będziemy ich mieć tuż przed nosem, a razem z nimi – efekty ich rządzenia.

To oni będą decydowali, na jaki kolor pomalujemy balustradę mostku i czy w ogóle pomalujemy. Oni ostatecznie wybiorą projekt fontanny, kolor ławeczek w parku, pepitkę chodniczków, odcień elewacji urzędu i inne, jakże kluczowe dla naszego życia doczesnego in-we-sty-cje.
Lokalna władza dobrze wie, że inwestycje muszą być zrozumiałe dla przeciętnego człowieka, a ponadto realistyczne i łatwe do wprowadzenia w życie: politechnika w każdej gminie, ośrodek sportów zimowych w każdej gminie, park wodny, podwodny i napowietrzny w każdej gminie.
Lotnisko w każdej wsi.
Centrum handlowe dla każdego sołectwa.  Łatwizna, bułka z masłem, wystarczy jeden zakichany krzyżyk na kartce wyborczej i żyjemy w krainie mlekiem i miodem płynącej.

W ślad za hiperaktywną władzą aktualną, która bardzo pragnie stać się władzą przyszłą, podążają pomniejsze krucjaty z partyjnych kluczy wytypowane.
To właśnie są ci „ktosie inni”, którzy też bardzo chcą służyć społeczności lokalnej i też pragną nam obiecać, że dołożą wszelkich starań. A wtedy, ach, czego oko nie widziało, czego ucho nie słyszało, to wszystko nam się wydarzy, jeśli tylko postawimy swój krzyżyk tam, gdzie nam wskażą.

Ktosie inni nie mają takiego medialnego wydmuchu, są nieco bardziej ociężali, jakby bez wiary we własne siły, stłamszeni przez aktualnych onych, zepchnięci, wypchnięci, wymiętoleni.
Ale też idą, człapiąc, żeby przynajmniej zaznaczyć swoją obecność.

Gdy słychać człapanie, to znaczy, że idzie nowe.
Człapie, stęka i od razu zaczyna od lamentowania. *
Od lęku i niepokoju.
Od sugestii, że całe te wybory są głęboko podejrzane, o ile nie wygrywają nasi oni, tylko tamci oni.
Przeczytałam z wielką uwagą matematyczno-polityczne wywody obywatela radnego z Warszawy, Macieja Wąsika. A ponieważ dotyczą w szczególności Północnego Mazowsza, wzięłam je sobie do serca szczerze i żarliwie.

Wąsik znajduje grupy danych, które jego zdaniem wymykają się prawom statystyki:
 Znamienne, że we wszystkich przeanalizowanych wyborach można zaobserwować  jednolitą regułę – im więcej głosów nieważnych, tym słabszy wynik wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.(…) Im więcej głosów nieważnych, tym lepszy wynik wyborczy PSL. (…)To nakazuje postawić sobie ważne pytania. Czy przypadkiem nie mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem produkowania głosów nieważnych (np. poprzez dostawianie drugiego krzyżyka na liście) i dosypywaniem już „właściwie” wypełnionych kart do głosowania do urny?

Pan Wąsik prosi o uwagi, w tym także krytyczne, zatem służę:

Niekoniecznie.
Współwystępowanie zjawisk nie zawsze musi kierować naszą uwagę w stronę paranoidalno-spiskową.
Może, ale nie musi.
Ta koincydencja może oznaczać coś zupełnie innego, choć równie smutnego. Może w gminach, gdzie PSL otrzymuje najlepsze wyniki jest po prostu nadreprezentacja analfabetów? PiS miałby wtedy – oprócz pilnowania urn wyborczych – sporo do zrobienia. Zwłaszcza na niwie niesienia kaganka oświaty ciemnemu ludowi mazowieckich wsi.

* Podobieństwo do Walking Dead jest nieprzypadkowe.

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 41/2014

Autor: admin

17 paź 2014 o 19:47.

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

komentarze (18)

Seks i afera

Poznań jest miastem dobrze rozwiniętym umysłowo, ale pechowym.
Może zawisła nad nim jakaś klątwa?

Co kilka lat w tej krainie, tętniącej życiem intelektualnym i kulturą tryska pod niebiosa gejzer wrzącej głupoty i pokrywa wszystko warstwą absurdu.
Wytrysk ten nadchodzi w ciszy, gdy nikt się niczego nie spodziewa.
Po prostu wszyscy sobie żyją spokojnie, robią swoje, aż tu nagle – PISSS! – z przeraźliwym sykiem wybucha jakieś szambo.

Czarna seria miała swój początek 7 kwietnia 2009 i trwa do dziś.
Była wprawdzie pięcioletnia cisza, ale to była cisza przed następną burzą, o czym za chwilę napiszę.
Wróćmy na moment do wspomnianej daty, kiedy to na posiedzeniu rady miejskiej usta otworzył radny PiS, Michał Grześ.
Oto, co rzekł:

 „Nie po to wydawaliśmy 37 mln zł na największą w Europie słoniarnię, aby mieszkał w niej słoń gej. Mieliśmy mieć stado słoni, a skoro Ninio woli kolegów od koleżanek, to w jaki sposób spłodzi potomstwo?”

Radny Grześ troszczył się nie tylko o przyrost naturalny słoni, ale też o sprawy moralności ludzkiej:
 „Jak takie zachowanie wytłumaczą rodzice swoim dzieciom?”

Niepokorny słoń z poznańskiego zoo sprawiał na radnym wrażenie słonia homoseksualnego, a na dodatek bił trąbą słonice. Co według Grzesia było ostatecznym dowodem na jego nienormalną (wg kryteriów radnego) orientację seksualną.

Ledwie minęło pięć lat od tamtych zmagań, ledwie udało się zamieść pod dywan tamtą śmieszną straszność, a już kolejna chmura absurdu zawisła nad Poznaniem.

A wydobyła się z tego samego miejsca,czyli z rady miejskiej.
I z tym samym przeraźliwie smutnym świstem: PISSSS…

Tym razem nie chodzi o zoologiczny homoseksualizm (nawiasem mówiąc, szczerze wątpię, aby dziś ktokolwiek miał czelność pisnąć słówko na ten temat).

Najnowsza erupcja durnoty dotknęła niesakramentalnego (partnerskiego) związku dwojga osłów. Powtarzam: osłów.

Osły (osłowie?) od lat dziesięciu żyją sobie na oślą łapę w poznańskim zoo.
Niech będzie: Państwo Osłowie.

Spłodzili przez ten czas sześcioro małych osiołków.
Dokonali tego w sposób jak najbardziej tradycyjny: drogą kopulacji.

Nie żadne in vitro, żeby było jasne. Żadnych mrożonych osiołków, zero badań prenatalnych.
Słowem, nic zdrożnego, co mogłoby obrazić wrażliwe pisowskie uczucia.
Wszystko przebiegało po bożemu, zgodnie z regułami kodeksu moralnego osłów.
Zgodnie z oślim oprogramowaniem, które jest przecież dane osłom przez ich Stworzyciela.

Ale to nie wystarczyło poznańskiej radnej z PiS, pani Lidii Dudziak.
Oto dotarło do niej, że państwo osłowie ko-pu-lu-ją.
Publicznie.
Na oczach niewinnych dzieciątek, które przecież wierzą w bociany.

Podobno, chociaż trudno mi w to uwierzyć, radną Dudziak zmobilizowały do działania „zaniepokojone matki”.
Czyje to matki i w jaki sposób zostały matkami, nie chcę już dociekać.

Prasa doniosła:
„Radna PiS Lidia Dudziak podjęła interwencję w tej sprawie u p.o. dyrektora poznańskiego zoo Leszka Antkowiaka. Interwencja okazała się skuteczna. Ośle małżeństwo nie jest już razem. Zwierzęta zostały rozdzielone siatką.”

Relacjom prasowym towarzyszyły fotografie pogrążonych w ponurości oślich kochanków, dotykających się pyszczkami po dwóch stronach drucianego ogrodzenia.

Na szczęście internauci nie zawiedli. W takich chwilach internet i media są nieocenione.
Dla państwa osłów internauci, podnoszący międzynarodowy protest wobec separacji zwierząt, stali się wybawieniem. Wstrętny i żenujący spektakl, zwany „rozdzieleniem oślej pary” przerwano po kilku dniach.

Dyrekcja zoo przyznała się do błędu.
Do czego przyznała się radna Dudziak, nie mam pojęcia.
Chyba nie chcę wiedzieć.

Zaniepokojonym matkom ( jeśli są prawdziwe, a nie zmyślone jako pretekst do znęcania się nad osłami) doradzam serdecznie, żeby wykorzystały oślą kopulację dla edukacji seksualnej swoich pociech.
Mądrzejsze to, niż lekcje masturbacji, nieprawdaż?

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 39/2014

Felietony

komentarze (5)

Niewidzialna rąsia

Jestem teraz na etapie swoistego postu, albo raczej diety.
Dlatego nie przybywa słów na tym blogu, z powodu tejże diety.

Jest to bowiem następująca monodieta:
Kończę książkę.
I pisuję felietony dla TC raz w tygodniu.

Na skutek tej diety słownej lub z innego powodu, stałam się częściowo niewidzialna. Zawsze było mnie widać nieco niewyraźnie, jak jakieś mgliste memło, ale teraz to już jestem nieźle zniknięta.

Mam na to liczne dowody, wyrażone w sposób materialny i zdematerializowany.
Zdematerializowane dowody na moje nieistnienie wyrażone są liczbami ujemnymi i ten wątek pominę.

Ale opiszę zdarzenia, które potwierdzają moją znikniętość.
Na przykład wczoraj:
Idę po lesie, gdzie wobec przewagi brzozy i czeremchy ściółka mocno szeleści kolorami czerwieni i brązów. Na dodatek idę w gumiakach.
Szelest plus człapanie równa się sporo decybeli.

Jak powiadam, idę i patrzę pod nogi; w bezrozumnym pozytywnym nastawieniu z domieszką myślenia życzeniowego szukam grzybów. Te, jak wiadomo rosną pod wpływem deszczu.
My tu już nie pamiętamy, co to jest deszcz i czy na pewno zawsze bywa mokry.
Ot, takie tu mamy lokalne osuszenie.
Niektórzy mówią, że to niedawno otwarty basen w Chorzelech ściąga wodę z całego ekosystemu, a nawet z całego Wszechświata. Ale sami wiecie, że ludzie non stop pieprzą bez sensu, jak jakieś, za przeproszeniem, osły.
Tak czy inaczej deszczu nie było i już nie będzie, chyba, że zamkną ten basen z powodu jakiegoś sporu ideologicznego między prawym skrzydłem a lewym półdupkiem.
Lub innej e-boli.

Ale do rzeczy.
Idę i włażę zwierzęciu na łeb.
Prawie.

Zamieram w zdumieniu, zmieszanym z obrzydzeniem, bo na zdrowy rozum: jeśli zwierzę nie uciekło, to musi być nieżywe.
Niefajnie jest wejść kaloszem na zdechłego zająca, zgodzicie się?

Wtem zauważam, że coś połyskuje w nieco dziwnej padlinie.
Przyglądam się: oko.
Błyszczy.

Widziałam niejedno truchło i żadnemu nic nie połyskiwało, a już z pewnością nie oko.

Ten konkretny trup zająca wyglądał więc dziwnie, bo jak na zwłoki miał niesamowicie żywe oko!

Nie spojrzenie, tak bym tego nie ujęła. Bo nie patrzył na mnie. Oko było żywe, lśniące, ale nieruchome i niewidzące. Skurczygnat sobie spał!

Obudził się, gdy dyskretnie zaszurałam kaloszem. Szszsz. Podniósł łepek, wstał, przeciągnął się i odszedł dwa metry. Następnie ponownie się przeciągnął i nie zwracając na mnie uwagi, zaczął skubać jakieś zielsko. Chrząknęłam.
- Ej, ty – powiedziałam niezbyt głośno.
Na ten dźwięk zając podskoczył na kilkanaście metrów w górę (trochę przesadzam, ale tylko troszeczkę) i spierniczył jak torpeda w największe chaszcze.

Wniosek z tego taki, że chociaż jestem niewidzialna, to jednak mnie słychać.

Jeśli ten dowód na moją niewidzialność was nie przekonuje, to wiedzcie, że dziś sytuacja powtórzyła się w tym samym miejscu, z tym samym zającem.
Tym razem odezwałam się dopiero, jak mi nogi w tyłek weszły ze zmęczenia.
Zając mnie nie widział.
Ale usłyszał i dopiero wtedy uciekł.

Jutro spróbuję jeszcze raz, bo do trzech razy sztuka, chociaż nie wiem, czemuż to.

Poza tym są inne wydarzenia: ptaki przysiadają na poręczach krzesła zajętego przeze mnie. O ile nie siedzę z kotem na kolanach, bo koty są nadal widzialne.
W lesie mogę zbliżyć się do dowolnego ptaka tak, że jestem w stanie policzyć mu rzęsy. Ostatnio bawiłam się z orzechówką w chowanego. Ona się chowała, bo ja i tak nie muszę, skoro jestem niewidzialna.

Sójki już nie wydają z siebie wrzasku na mój widok.
A dlaczego?
Bo mnie nie widzą.
Kiedyś wystarczyło, że zbliżałam się do lasu, a już darły dzioby: baba-baba-baba.

Chyba nie muszę wam tłumaczyć, że bycie niewidzialną ma swoje dodatnie minusy i ujemne plusy.

Rąsia, ludziska. Niewidzialna rąsia!

Autor: admin

3 paź 2014 o 15:19.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress