Anna Maria Nowakowska

pisarka, felietonistka, autorka powieści "Dziunia"

Felietony, Curriculum curiosum, Dziunia

komentarze (13)

Sprężam się… i odprężam

Tak, zdecydowanie pomagają mi pytania w rodzaju: no kiedy wreszcie?
Natychmiast się sprężam, zbieram w sobie, siadam do laptopa i dziuniam.
Innymi słowy: dziunipiszę.

Epifania użaliła się na mój widok:
- Ojej, na czym ty siedzisz! Nawet porządnego krzesła do pisania nie masz.

No cóż, piszę, siedząc na ogrodowym, plastikowym foteliku. W domu mam jeden w kolorze jeloł, a na zewnątrz siaduję na białym. To białe barachło jest do dupy, bo się gnie i wije w upale.
Moje pisarskie krzesło zostało w Saint Helens, a na nowe… nieważne.

Epifania zapragnęła ulżyć mej domniemanej niedoli i zaoferowała drewniane, masywne krzesło od kompletu, na widok którego ciarki mi pobiegły w stronę krzyża i z powrotem.
Nigdy!
Nie!
Usiądę!
Na!
Krześle!
Do!
Tortur!
Chyba, że zacznę opisywać wątek sado-maso.

Obawiam się, że dziuniopisanie rozciągnie się na wieczność, jeśli nie przestanę cyzelować dziesięć razy tego samego akapitu. No, ale jak ja mam przestać, skoro raz mi się podoba to, a raz śmo?

Jednego dnia używam słowa „uwaga”, następnego wolę „percepcja” bo ładniej się komponuje z całością zdania i ma lepszy rytm. Po czym dochodzę do wniosku, że zmienię całość tak, żeby użyć słowa „świadomość”, które ma szerszy zakres znaczeniowy i podprowadzi mnie w stronę sprytnej dygresji.

Oto skutki nadmiaru, w tym wypadku nadmiaru słów w słowniku.
Zwłaszcza synonimów i słów pokrewnych.

Gdybym znała słów kilkaset, mogłabym napisać zgrabny romans i za zarobione pieniądze kupić sobie krzesło. Obrotowe, żeby się pokręcić, gdy mi się znudzi tkwienie licem na północ.

Wracając do tego, co istotne: z wiekiem (wiek jest świetną wymówką na każdy idiotyzm) staję się perfekcjonistką. Taką, co dzierga i pruje. Taką, co niczego nie kończy, dopóki nie jest doskonałe. Czyli nigdy.

No dobra, aż taką to nie jestem.
I mam nadzieję, że nie idę w tym kierunku.

Po prostu chcę napisać dobrą książkę.
Nie dla siebie, prawda?
Przecież nie ja będę ją czytać, prawda?

Idę się odprężyć.
Groszek cukrowy odpręża znakomicie.
Odprężona, może wreszcie przestanę się znęcać nad własnym tekstem.
A może nie.
Do miłego!

Humoreski ponure, Tygodnik Ciechanowski

bez komentarza

Kilka słów o zaufaniu

Inspiracją dla moich stałych piątkowych rozmyślań stał się tekst profesora Marcina Króla, filozofa, historyka idei. Moje piątkowe zapiski są waszym wtorkowym felietonem, co czasem sprawia, że słowa tu kreślone odnoszą się do kwestii lekko przebrzmiałych. Na stronę wstawiam je (jeśli w ogóle wstawiam) znacznie później, ale pewne pojęcia nie ulegają dezaktualizacji. Temat dobra i zła nigdy nie bywa przeterminowany. Jego data ważności sięga wieczności.
Czy zgodzicie się ze mną?

Cenię zazwyczaj poglądy profesora Króla i sięgam po jego wypowiedzi chętnie i z wdzięcznością. To bez znaczenia, że miewam odmienne opinie. Spojrzenie na świat oczami filozofa jest zawsze ciekawą przygodą intelektualną.

Tym razem profesor napisał coś dziwnego. Na tyle zaskakująco odniósł się do kwestii zła, że z lekka mną zatrzęsło. Zatrzęsło także profesorką etyki Środą, bo napisała polemiczny felieton, który zmartwił mnie jeszcze bardziej.

Nie mogę jednak dyskutować z obojgiem naraz. Pozostanę więc przy historyku idei.
Tym, co wprowadziło mnie w osłupienie, jest taka oto opinia profesora Króla: „Sensem demokracji jest wydobycie z nas tego, co dobre.”
Nie rozumiem. W jaki sposób?
Skąd wzięło się to twierdzenie? Bo przecież nie z historii i nie z idei.

Dobro nigdy nie było elementem równań politycznych, niezależnie od istniejącego ustroju. Ani dziś, ani tysiąc lat wcześniej. I raczej nie będzie za kolejne tysiąc lat. Wszelkie próby dodania dobra do wzorów na ustrój społeczny kończyły się fatalnie: a to wyprawami krzyżowymi i Świętą Inkwizycją, a to obcinaniem głów hurtowo.
W najbliższej nam przeszłości proces „wydobywania dobra” pognał całe zastępy „niedobrych” w kierunku Syberii i dalej, do nieba. Po co więc mieszać ludziom w głowach, przypisując polityce wymiar moralny, który jest tylko symulacją?

To samo dotyczy zła.
Dla profesora najwyraźniej głównym nośnikiem zła są ludzie, którzy nie ufają. Cytat: „Podejrzliwość zaś jest złem, podszeptem diabła, złem, które dewastuje wszystko”.

Z diagnozą, że brak zaufania i podejrzliwość jest pochodną zła zgadzam się bez zastrzeżeń. Zupełnie gdzie indziej widzę natomiast źródło owej diabelskiej sztuczki.
Profesor twierdzi bowiem, że nośnikiem zła są ludzie podejrzliwi i nieufni. Wątpiący w dobre intencje, zwłaszcza w intencje władzy.

Dobrze jest wierzyć i ufać.
Byłoby miło móc uśmiechnąć się do dziecka na ulicy, nie budząc podejrzeń o pedofilię.
Jak dobrze byłoby pomóc staruszce, bez wzbudzania obaw, że czyhamy na jej majątek.
Nie ma nic lepszego od komfortu wejścia do banku z pełnym zaufaniem, że nie wyjdziesz z niego jako bankrut.
Marzę o ufnym kupieniu sera, z którego nie tryskałaby woda.
Pragnę zrobić zakupy bez wczytywania się w skład chemiczny każdego produktu.
To wszystko są mniejsze lub większe korzyści z wzajemnego zaufania.
Oraz z pewności, że w razie jego nadużycia, służby do tego powołane pomogą naprawić krzywdę i zapobiegną jej powielaniu.

Protestuję zatem przeciwko przypisywaniu diabelskich intencji tym, którzy wołają „sprawdzam!
Prawdziwe zło rozprzestrzeniają ci, którzy wykorzystują szczątki społecznego zaufania, żeby zagarnąć dla siebie ile się da i zostawić „naiwnych ciemniaków” własnemu losowi.

Proszę mi nie wmawiać, że asymetria typu: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie” jest moralnie zdrowa i/lub politycznie opłacalna.
Profesor Król ubolewa, ale twierdzi, że państwo (czyli kto?) ma prawo podsłuchiwać swoich obywateli dla ich własnego dobra. Dla ich bezpieczeństwa. Tego prawa odmawia jednak maluczkim.

To intrygujące, że relatywizm moralny jest przedstawiony jako zasada demokracji. Kiedy jestem przez państwo podejrzewana i podsłuchiwana, wcale nie czuję się dobrze, ani bezpiecznie.
Ale powinnam uwierzyć profesorowi na słowo, że jest w tym akcie zniewolenia większe dobro.
Tymczasem obywatele węszący wokół władzy służą … diabłu. Skąd taki pomysł, panie profesorze?

Zło jest po obu stronach równania, chociaż nie rozkłada się symetrycznie. Władza ma po prostu lepsze narzędzia i nieograniczony dostęp do intymności obywateli.

Złem jest także nawoływanie do powszechnej ufności w jednym tylko kierunku: obywatele bezgranicznie ufni wobec władzy.

Złem jest wzywanie do pokory, żeby pokorne owieczki prowadzić na zatracenie.
Złe jest żądanie ufności, czyli ślepoty na niebezpieczeństwo wykorzystania.

Raz jeszcze podkreślę: Bez zastrzeżeń zgadzam się z diagnozą, że nieufność chodzi pod rękę ze złem. Złem roznoszonym jak zaraza przez tych, którzy nadużywają zaufania poczciwych ludzi, zmieniając nas wszystkich w paranoików.

Kto i jakim prawem uczynił z nas psychopatów, węszących spiski i zakładających podsłuchy? 
Kto nas wpycha w objęcia diabła?

*Polemika dotyczy tekstu „Diabeł ma nas  w swych objęciach”, który ukazał się w Magazynie Świątecznym” Gazety Wyborczej

Felieton został opublikowany w Tygodniku Ciechanowskim nr 27/2014

Felietony

komentarze (9)

Z pamiętnika kociej matki

Kotony wyszły z ukrycia.

Jeśli nigdy nie widzieliście pięciu kotów na dachu, to pozwólcie, że wam opowiem.
Wy w tym czasie sobie wyobrażajcie.

Najpierw przez dziurę pod dachem stodoły wychodzi Zięciuś, bo jest najodważniejszy.
Tuż za nim podąża jedna z Dziuń, ona zawsze trzyma się blisko niego.
W tym czasie po belkach pod stropem biegnie już reszta smarkaterii.

Za wyjątkiem Owieczki.
Ten maminsynek jeszcze nie zdecydował się opuścić bezpiecznego stryszku.

Kotony najpierw baraszkują na dachu sławojki, szamocząc się z jakąś szmatą, kąsając drut, włażąc do karmnika, wymachując łapkami. Same dla siebie nie szaleją nadmiernie, ale niech tylko pojawi się widownia. O, wtedy naprawdę zaczynają małpie sztuczki.

Mając za nic prawa fizyki, kotony wskakują na stromy dach. Widocznie papa daje im wystarczająco mocne oparcie dla ostrych pazurków.

W świetle zachodzącego słońca pięć kotów tańczących na dachu zamienia się w intrygujący spektakl.
Zdarza się, że któryś (albo wszystkie) spadają jak ulęgałki na trawę. Dostatecznie miękką, żeby zamortyzować upadek. Po takim wyczynie, koton otrząsa się i zaczyna się paść. Tą trawą, jak koza.

Tymczasem widownia wydaje zachwycone okrzyki.
Lub okrzyki przestrachu, jeśli ewolucje kotonów przekraczają naszą zdolność rozumienia.

Nikt nie zgłasza chęci posiadania małego kotka.
Cisza w tej sprawie spędza mi sen z powiek. Nie jakoś bardzo spędza, ale troszkę.
Pod względem emocjonalnym mogę pomieścić w moim życiu siedem kotów, ale inne względy są już bardziej względne.

Ponieważ uwagę mamy skupioną na kociarni, ledwo zauważamy, że bocianie dzieci są prawie dorosłe. Jaskółcze dzieci siedzą już na drutach, jak nuty na pięciolinii. Zawsze korci mnie, żeby zagrać ich melodię, ale już nie pamiętam, jak się gra z nut.

Wysypało kurkami w naszym lesie, żeby zrobić znakomity obiad, wystarczy trochę się poschylać.
Ogród jest tak udany, że nie mogę wyjść ze zdumienia.*

Codziennie wystukuję kolejny rozdział drugiej Dziuni. Wpadłam w dawno zapomniany rytm.
A jednocześnie w ten błogosławiony stan umysłu, w którym jedno słowo wystarcza, żeby zbudować na nim cały rozdział powieści.

Nie znaczy to, że zupełnie nie przejmuję się wieściami ze świata.
Tyle, że od tego przejmowania ręce mi opadają. A nie mogę sobie na to pozwolić. Nie chcę chodzić z załamanymi rękami.
Ale nie umiem pomóc.
Nie umiem nic poradzić na to, że gdy po moim dachu wesoło skacze pięć szczęśliwych kotów, gdzieś ktoś płacze i nikt go nie pociesza.

* W międzyczasie przeszła gigantyczna burza i jest trochę potargany, ten biedny ogród.

zdjęcia: Krzysztof Nowakowski

Autor: admin

8 lip 2014 o 17:17.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress