Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Felieton

komentarze (8)

Coś kiełkuje, coś więdnie, czyli ogólnie szafa gra

No więc jestem.

(Jak cudownie jest zacząć zdanie od no więc)

Nie na długo, tak tylko wpadłam powiedzieć, że wciąż żyję.
Ale co to za życie!
Co się raz umyję, to za jakiś czas znowu jestem brudna.
Ile razy zjem, to za jakiś czas znowu jestem głodna.
No Ludzie!
I tak dookoła?
Na tym to polega?

Na zdjęciu widzicie ogródek Kambuzeli. Jeszcze nieśmiało, ale już.
Idzie wiosna.
Wiem, jeszcze w to trudno uwierzyć, dlatego pokazuję Wam to, co kochana Kambu pokazała mnie.
Nowe, świeżutkie życie.

Jeśli o mnie chodzi, to raczej więdnę.
Im głębsze bruzdy mam na pysku, tym płytsze stają się moje bruzdy  w obszarze kory mózgowej.
Czy ja robiłam ostatnio lifting płata czołowego?

Pozwólcie, że wyjaśnię tę inwokację, zaczynając od pytania:
Miewacie takie dni, kiedy wszystko leci z rąk a na dodatek  rzeczy psują się seriami?

U mnie występują cyklicznie, tylko nie znam długości tego cyklu, więc nie mogę podjąć środków ostrożności. Dopiero, kiedy już się spieprzy, to widzę, że znowu wsiadłam do jakiegoś świrobusu.

Naciskam nie ten guzik, przycinam sobie warkocz drzwiami, kasuję niezwykle ważny dokument, pryskam sobie tartym czosnkiem w oko, ucieram palec na tarce, blokuję kartę, bo uporczywie wpisuję PIN sprzed dziesięciu lat.

A to tylko drobny wycinek codziennych udręk i walki o przetrwanie w sytuacji zagrożenia ze strony dowolnego przedmiotu, który sam w sobie niebezpieczny nie jest.
A w moich rękach staje się śmiertelną bronią.
Na przykład połknięta gumka do włosów.
Tak, zgadliście, trzymałam ją w ustach i próbowałam mówić.
Milczenie jest bezpieczniejsze.

Na dzień kobiet (nie będę nadawać mu przesadnego znaczenia i pozostanę przy pisaniu małą literą) zapragnęłam kupić sobie prezent.
Takie malutkie, bardzo pomocne urządzenie, mniejsza o jego przeznaczenie.
Nie, nie wibrator.
Inne pomocne urządzenie.

Przyniosłam radośnie to ustrojstwo do domu, wczytaliśmy się w instrukcję obsługi, załadowaliśmy załączone baterie, sztuk dwie i… nic.
Nie działa.
Ekranik blady i pusty, oznak życia brak.

Czytamy, dłubiemy, deliberujemy, konwersujemy, wymieniamy mądre uwagi, powoli tracąc cierpliwość.

- Szajs!
– wykrzykuję  z oburzeniem.
- Szajs – zgadza się mój mąż.
- Idę to oddać chamom jednym – decyduję gniewnie.

Wracam więc na miejsce zbrodni i maszeruję do punktu obsługi klienta, błyskając ślepiami złowrogo:
- O!
– podsuwam Miss Obsłudze pod nos tę rzecz. – Kupiłam toto godzinę temu i już jest zepsute!

Miss Obsługa wypróbowuje przyciski, włącza i wyłącza power button, postukuje paznokciem, obraca, maca, znowu wciska i naciska i … nic.
- Widzisz? – mówię z satysfakcją. – Martwy trup.
- Just give me one minute – nie poddaje się Miss Obsługa Klienta i wydłubuje baterie.
Po chwili wkłada je z powrotem.

- Happy now? – pyta, pokazując mi kolorowe światełka na wyświetlaczu. – Miłego użytkowania życzę.
- Jak to zrobiłaś? – pytam zachwycona.
- Och, nic wielkiego, trzeba tylko przed włożeniem zdjąć folię z bateryjek, madam.

Autor: admin

9 marca 2010 o 23:29.

Felieton

komentarze (10)

Matematyka kreatywna

Wiecie co, Ludziska?
Najtrudniej jest opisać wredne rzeczy zakamuflowane jako wymiany handlowe, czyli umowy.

Nieuczciwość
Uśmiechnięte łajdactwo
Hucpę
To jest tak nieostre, zaplątane w oceanie brudnej mgły.
Zbudowanej ze słów i liczb.

Czasem mam ochotę zrobić coś spektakularnego.
Jak ten facet w Ameryce, co zapikował samolotem w budynek ichniego urzędu skarbowego.
To się zdarzyło całkiem niedawno.
Człowiek nie wytrzymał i wykipiał.
Zostawił list pożegnalny: tu macie moje mięso.
Czyli, w wolnym przekładzie: nażryjcie się, hieny.

No, ale ja nie mam licencji pilota.
Poza tym brak mi agresji. Nawet jeśli się wścieknę, to niezbyt krwiożerczo.
Tyle, że czasem brak mi tchu.

Ile razy już dałam się oszukać?
Ile razy nawet o tym nie wiedziałam?

Czemu wszyscy uważają mnie za głąba?
Ponieważ jestem głąbem.

Oto przykład:
 Trzeba wykupić polisę. Nie u tego co zawsze, bo zrobili się pazerni.
Jak oni liczą, że w ubiegłym roku miałam dziewięć lat bonusu bezwypadkowego, a w tym roku dwa?
Matematyka?
Tak.
Matematyka kreatywna.

Nie, nie miałam wypadku.
Po prostu w tym roku pańskim 9+1=2.

Jestem kompletnym głąbem, bo nie rozumiem.
Zostaje niesmak i poczucie krzywdy.
Trzeba wziąć gorący prysznic, żeby zmyć z siebie wrażenie bezdotykowego gwałtu.
Fuj.
Ohyda.

Nowy ubezpieczyciel, warunki brzmią nieźle. Płacę. Czekam na polisę. Dostaję 2 kg makulatury, ulotek, broszurek, propozycji dopłat. Nie, dziękuję, pozostanę przy podstawowym. Ale gdzie – do cholery – jest certyfikat?
Nie przysłali.
Już raz miałam taki kłopot, więc tym razem reaguję natychmiast.
Dzwonię:
- Gdzie jest certyfikat?
- Powinien być w paczce. Nie ma? To wyślemy. Tylko zapłać  30 funtów. Jak to za co? Za przesyłkę i koszty administracyjne.
- Dlaczego mam płacić za wasz błąd? - pytam. - Nie zapłacę!
- Jazda bez posiadanego certyfikatu to przestępstwo - odpowiada mi bezczelnie obsługa klienta. - Musisz zapłacić.
Łatwizna.
Podobno mają milion klientów. Jeśli tylko co drugiemu nie doślą certyfikatu "przez pomyłkę", to - brawo - nieźle obmyślany plan biznesowy.

Rezygnuję.
Pocałujcie mnie w dupę wy  pazerni oszuści, uśmiecham się jadowicie usuwając ich z mojej listy stałych opłat.
Za to też chcą opłatę.
Administracyjną

Mam osiemdziesięciu innych ubezpieczycieli w zasięgu, znajdę jakiegoś uczciwego.

O, jest.
Chwytam najtańszą ofertę – 520 funtów za rok.
Nie muszę nic robić, ledwo klikam myszą na zakładkę firmy, już sami do mnie piszą: zadzwoń, dajemy ci bonus 57 funtów!
Radośnie dzwonię, robimy wyliczanki. Z tym „specjalnie dla mnie” rabatem wychodzi mi 680 funtów do zapłaty.
Dziś 520 - 57 = 680.
Ja, tępy głąb, znowu nie kumam.
W call center wielka radość: następna durna cipa wydmuchana na ładnych parę funtów.

Siedzą tam ludzie, którzy oszukują z  serdecznym uśmiechem na ryju, za kilka pensów ekstra premii dla najlepszego kłamcy.
Cyniczni, grzeczni, obojętni na moralny wymiar swoich codziennych zajęć. Muszą zarobić na chleb, muszą robić to, co im nakazano.
Kłamać. Kręcić. Sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać.

Ja im współczuję, bo nie wiedzą, co czynią.
Sami zresztą też są dymani, bo na tym najlepszym ze światów każdy dyma każdego w imieniu korporacji, której zaprzedał duszę.

Chrzanić to.
Chrzanić.
To.

Autor: admin

5 marca 2010 o 16:02.