Felietony
Szaro-biało
Od kilku dni budzimy się w świecie zasypanym śniegiem.
Krzysiek chce chwytać łopatę i ryć ścieżki w białym.
A ja mu radzę: zaczekaj.
Po kilku godzinach przychodzi deszcz i zmywa większość białego.
Zostaje błotnista, szara maź.
Do wieczora po śniegu nie ma śladu.
Idziemy spać, kiedy świat jest szary.
Budzimy się w bieli.
Powiesiłam blisko okna tłuszcz dla sikorek.
Na parapecie siedzi kot Lerka i dostaje obłędu.
Jest tłusty jak wieprz, obżarty (a żre lepiej niż jego karmiciele), ale biologiczny przymus każe mu pożądać.
On pragnie.
Pragnie tak bardzo, że marszczy mu się i drży cała skóra, wąsy wysuwają się jak złowrogie czułki, obnażone kły ociekają śliną, a z głębi trzewi via pysk wydobywają się zdławione pojękiwania.
To jest kot.
Nie może ukryć swoich reakcji, ani oblec ich w żadną ideologię, w żadne kłamstwo.
Pożąda, ale siedzi za szybą, więc dostaje pierdolca.
A potem zasypia i zapomina, że czegoś mu brak.
Zwłaszcza, że niczego mu nie brak, między nami mówiąc.
Dopóki znowu nie zobaczy dziobiącej słoninę sikorki.
Nie poradził sobie na tym świecie bożym osiemnastoletni syn pewnej niezamożnej kobiety z krainy biedą i wódą płynącej, który siedział bez żadnego zajęcia odkąd zamknęli pobliski tartak.
Siedział tak od października i gapił się w telewizor.
I pragnął coraz bardziej i bardziej.
Chciał tego, co tam było za szybą – odrobiny luksusu.
Którego – w co wierzył szczerze – jest, do kurwy nędzy, wart.
Chciał – tak jak w telewizorze – unosić się w powietrzu, pląsać i wyginać ciało odziane w markowe szmaty, wić się, szczerząc białe zębiska w paroksyzmie radości z posiadania jakiegoś srajpoda, czy innego szajsu.
Nie umiał zasnąć i zapomnieć jak kot, więc w styczniowy, szaro-biały dzień poszedł do obory i powiesił się na kablu.
Ludzie, w odróżnieniu od kotów umieją świetnie kłamać.
Prosto w twarz.
Niektórzy autentycznie wierzą we własne kłamstwa i to mnie wręcz rozczula.
Jak ten kapitan, co niechcący wpadł do łodzi ratunkowej tak niefortunnie, że po prostu się w niej zakleszczył i musiał pierwszy opuścić opuścić tonącą, luksusową łajbę.
A nie miał jak, biedaczysko, do niej wrócić, żeby zejść jako ostatni.
Ten facet pójdzie siedzieć i zmarnuje się jego talent.
W Polsce na sto procent zostałby celebrytą.
A może rzecznikiem rządu.
Albo posłem.
Sypie śnieg.
Idę kilka kilometrów, brnąc w mokrej, biało-szarej brei, która wsysa moje gumofilce. Wiatr mi sypie śniegiem w ślepia. Idę po chleb i kiedy wracam, ledwie wlokę za sobą nogi, a pot ścieka po mnie, jakbym zrobiła tysiąc pompek.
Wszelkie smutki zostały rozwiane, czuję się świetnie.
Endorfiny.
Myślę ze współczuciem o tych wszystkich, którzy płacą ciężkie pieniądze za wąchanie potu bliźniego swego w klubach fitnes przez dwa es.
Fitness.
Yes.
Mam zupełnie bezpłatnie wszelki fitnes, nawet przez trzy es i jeszcze szkołę przetrwania na dokładkę.
Codziennie.
Czy to ja odrywam się od rzeczywistości, czy rzeczywistość nie chce mieć ze mną nic wspólnego?
Ciekawe.
A może wcale nie.
Felietony
Śnieg
Dotychczasowy przebieg zimy bardzo nas zdemoralizował, budząc bezpodstawne nadzieje.
Na przykład takie, że wystarczy nam opału.
Nadzieje w swej istocie są bezpodstawne, ponieważ opierają się na własnych pobożnych życzeniach i/lub cudzych obietnicach. Na ogół na koktajlu jednego z drugim.
Tego wątku akurat nie mam zamiaru rozwijać.
Przecież obiecałam sobie, że nie będę zgorzkniała, żeby nie zaszkodzić urodzie.
Uroda (nawet paskudna uroda) jest lepsza od jej braku.
I dokładnie to samo można powiedzieć o nadziei.
Spadł śnieg.
Śnieg ma taką dwoistą naturę, że jedno przykrywa, a drugie odsłania.
Nie widać obrzydliwości, które ludność wywiozła do lasu, ale widać kto gdzie był i co robił.
Kto kradł drewno z lasu.
Czyj pies zeżarł słoninę sikorkom.
Gdzie sąsiad oddaje mocz.
Którędy szli ze szkoły i ile papierosów wypalili czwartoklasiści z D.
Czyje auto ślizga się na letnich oponach.
Dokąd chodzi z chłopakiem Renata z sąsiedniej wioski, a nawet w którym miejscu przystają, żeby się całować.
Kto wypuszcza wilczura, żeby polował na zające.
Wszystko to i dużo, dużo więcej opowiadają ślady na śniegu.
Tylko co mnie to obchodzi?
Klnę się na biceps Marit, że nic mnie to nie obchodzi.

