Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Kategoria ‘Teksty psychologiczne’

Felieton, Teksty psychologiczne

komentarze (7)

Pozytywne myślenie i inne objawy psychozy maniakalnej

To jest felieton a nie dysertacja naukowa.
Wybaczcie mi więc pewne semantyczne nadużycia.
Jeśli można prosić.

To jest polemika, choć trudno mi określić, z czym dokładnie polemizuję.
Lub z kim.
Z pewnością z osobą, która nachalnie próbuje sprzedać mi (dość drogo) przekonanie, że jeśli  coś złego mi się przytrafia, to jest to moja wina.
I z każdym, kto twierdzi, że …
A zresztą.
Z resztą też.

***

Pracowałam kiedyś (terapeutycznie) z kobietą zamężną od lat dwudziestu czterech. Wyszła za mąż za klasycznego wieprza ze skłonnością do przemocy. Wieprz miał pięści wielkie i ciężkie, choć na pazurach miał manikiur. Nosił złoty sygnet z wypukłym niby-to- herbem i wciąż zostawiał reliefowe krwiaki na dekolcie swojej żony.
Upodobał sobie ten dekolt, więc wieprzowa nosiła bluzki zapinane pod szyję.
Zawsze.
Aż do dnia, w którym usłyszała o  potędze pozytywnego myślenia.
Założyła wtedy suknię z dużym dekoltem, odsłaniając sine i czerwone blizny w różnym stadium gojenia. Jak pamiętnik długich lat mariażu z wieprzem i jego rzekomo rodowym herbem.

- Tego tam nie ma – oznajmiła. – Jest tak jak myślę.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – nie zrozumiałam.
- To proste – popatrzyła na mnie zdziwiona. – Ty powinnaś wiedzieć, jako terapeuta, że jest tak jak myślimy.

Trochę mnie zaniepokoiła, by po chwili na dobre wprawić mnie w konsternację:
- Bo widzisz moja droga – zaczęła dotąd u niej nie spotykanym protekcjonalnym tonem. – Byłam we Wrocławiu na warsztatach pozytywnego myślenia i już wiem, co źle robiłam przez całe życie. Ale to nie wszystko – ciągnęła z emfazą. - Ja wiem, co robić, żeby to zmienić. Czuję się silna i wolna, bo znam potęgę swoich myśli i potrafię jej użyć.

Przy kolejnym zdaniu popadłam w przerażenie:
- Jest tak, jak myślisz – powtórzyła z mocą po raz nie wiadomo który. – Nawet jeśli zabijesz dziecko w wypadku, to potęga myśli sprawi, że to się nigdy nie wydarzyło.

Tego dnia zerwała kontrakt terapeutyczny i wyśmiała wszystkie nasze wcześniejsze ustalenia: sprawę karną przeciw wieprzowi, przygotowania do separacji, szukanie pracy, wystąpienie o alimenty – rutynowe postępowanie w sprawach wieloletniej domowej przemocy.
- To wszystko jest negatywizm – orzekła. – To nie przyniesie niczego dobrego. Wszystko zaczyna się i kończy tu – stuknęła się w czoło.

Nie mam uprawnień moralnych do wygłaszania kazań, więc tylko powiedziałam, co mnie niepokoi i co budzi moje wątpliwości. Zapytałam, czy jest pewna skuteczności pozytywnego myślenia w starciu z pięścią.
Ale wieprzowa była w transie.
Była pewna.
Wróciła z tych warsztatów napakowana, nakręcona i w jakiś koszmarny sposób nawiedzona. Nawiedzenie polegało na ciągłym powtarzaniu: to proste, powinnaś się tego nauczyć, żeby przekazać innym w mojej sytuacji.

- Tego tam nie ma – powiedziała na pożegnanie o swoich bliznach.
Ale były tam i żadne myślenie ani zaklinanie nie mogło tego zmienić.

Ani tego, że dziewięć dni później znalazła się na ostrym dyżurze z pękniętym mostkiem i wykręconym barkiem.
Bo pozytywne myślenie nie może zastąpić tego, co jest do zrobienia.
Pozytywne myślenie – to prawdziwe, a nie nawiedzone – jest myśleniem adekwatnym do sytuacji, realistycznym i opartym na tym, co jest.
Nie na tym, co nam się wydaje.

Nie stanę na torach przed nadjeżdżającym pociągiem ufna w potęgę mojej myśli.
A już na pewno nie będę sobie wmawiać, że tego pociągu tam nie ma.
- Jest tak jak myślisz – te słowa ciągle przypominają mi wieprzową i jej chwilowe nawiedzenie.
Dziś jest już ex-wieprzową, na szczęście.

***

Jest tak, jak jest.
Czasem wieją dobre wiatry i płyniemy z prądem.
Czasem przedzieramy się przez życie z maczetą lub czołgamy ostatkiem sił.
Raz wleczemy ciężar, kiedy indziej sami jesteśmy ciężarem.
Myślenie pozytywne nie ma tu nic do rzeczy.
Myślenie realistyczne – jak najbardziej.
To ono przynosi rozwiązania, nawet jeśli są połowiczne, albo wymagają poświęceń.

Bycie szczęśliwym nie jest obowiązkiem, wbrew nawoływaniom psychologii zorientowanej na permanentny orgazm.
Posiadanie pasji nie jest obowiązkiem, na przekór bajaniom kobietologów, tych telewizyjno-gazetowych guru od siedmiu boleści.

W życiu jest miejsce na ból, smutek, rozczarowanie i znudzenie.
Wieczne radosne pobudzenie nie jest oznaką zdrowia psychicznego, tylko hipomanii.

Nie chodzę do sklepów z używaną radością życia i nie kupuję bajdurzenia o przymusowym poczuciu spełnienia.
Jeśli czuję się szczęśliwa, to z własnego wewnętrznego powodu a nie poprzez psychomanipulacje godne Pollyanny:
- Umieram? Jak to cudownie, robaczki będą miały co jeść i śliczne kwiatuszki tu wyrosną.
Błeee.
Obrzydliwość.
Nie cierpię Pollyanny. Jest absolutnym przeciwieństwem Dziuni, której też zresztą nie cierpię.

Myślenie pozytywne jest żałosną karykaturą myślenia mistycznego.
Myślenie mistyczne nie jest umiejętnością.
Jest łaską.
Ja dostępuję jej w bardzo niewielkim stopniu.
Raz na jakiś czas, niezwykle rzadko, udaje mi się doznać łaski absolutnego spokoju z towarzysząca mu myślą: jest tak, jak ma być, wszystko było, jest i będzie w porządku, cokolwiek się wydarzy.
Nie jest to myślenie przynoszące radość, nie niesie też ekscytacji.
Tylko spokój i odrobinę ulgi.
Tego nie można wypracować na warsztatach.
To po prostu przychodzi, jak nieoczekiwany słodki pocałunek, jak dar, jak chwila przerwy w pulsującym hałasie.

Dodam cynicznie, że kiedyś osiągnęłam tę łaskę paląc gandzię.
Ale tylko za pierwszym razem, niestety.
No, no, już się tak nie gorszyć proszę!
Prawdziwy szaman zawsze jest czymś ujarany.

Dla tych, którym mylą się techniki wspomagające osiąganie celów z pozytywnym myśleniem mam złą wiadomość.
Albo dobrą.
Afirmacje, wizualizacje, wibracje, techniki wielokanałowego zaangażowania, techniki NLP, metoda Silvy, tańce Apacza dookoła sracza – nie tyle w nie wierzę, ile wiem, że one działają.
Potwierdzam.
Podobnie - mogę potwierdzić działanie modlitwy, cokolwiek przez to rozumiemy.
To działa.
Czasem.
Czasem nie.

Chcę tylko zauważyć, że ich używanie nie jest obowiązkowe, tak jak nie jest obowiązkowe dążenie do czegokolwiek. Na przykład do szczęścia permanentnego.
Nie dajcie się nabrać, Ludziska.
Nie jest sztuką czuć się dobrze, każdy głupek na haju to potrafi.
Sztuką jest czuć się adekwatnie i rozumieć, czym są i po co są uczucia.
Za każdym razem, kiedy przyjdzie Wam do głowy, że macie obowiązek dobrze się czuć, puknijcie się w czoło.

Czołem, Kochani Ludzie.

Bookmark and Share

Felietony, Teksty psychologiczne

komentarze (5)

Wredna siostra

Moją też, Andy.
Siostrą jest.

Do trzydziestego trzeciego roku życia (trwania) nie miałam o tym pojęcia. Podejrzewałam po cichu, że czegoś mi brakuje w klepkach.
Bo skoro:
Żeby się czymś podekscytować musiałam dokonać takiego wyczynu, że wszystkim naokoło dech zapierało ze zgrozy. A mnie nie, ja miałam ubaw po pachy.
A zaraz po nim dół jak lej po bombie.

Ale nie ten objaw, znany powszechnie jako anhedonia, był najbardziej dolegliwy. Ten był przykry raczej dla otoczenia, które musiało mnie znosić.
Najgorzej, że dopadały mnie okresowe spadki energii o takim nasileniu, że umycie zębów graniczyło z cudem. Ni pies ni wydra. Zdrowa baba, dookoła wszystko kwitnie a ta leeeeży jak odwłok i czyta stare kryminały.
Bo nowych nie miałam siły przyswajać.
Miałam ciekawe objawy: napełniało mnie lękiem nakręcanie zegarka albo czytanie programu telewizyjnego. Ki czort?
Później, stopniowo, w ciągu kilku tygodni poziom sero-dziwki-toniny jakoś sam się widać wyrównywał i znowu przędłam swoje życiowe przedsięwzięcia, zastanawiając się tylko nad jednym: co ja do kurwy nędzy tu robię i czegoż ten świat ode mnie chce?

Pamiętam, jak z moją maleńką córeczką w nosidełku kucałam na ulicy, bo nie miałam siły chodzić.
Dosłownie.
Nie. Miałam. Siły.
O gotowaniu obiadu myślałam jak o pójściu na front wojny, a podjęcie decyzji typu: pomidorowa czy żurek i opracowanie planu zakupów, było ponad moje zdolności poznawcze.
Na dodatek, jako jednobiegunowa, nie miałam nawet nagrody w postaci manii.
Tylko dół albo żałosne półtrwanie, żadnych fajerwerków.

Odkrycie SSRI przyniosło dramatyczną zmianę na wszystkich poziomach mojego życia.
Mój pierwszy prozac w 1993 objawił mi prostą prawdę: ja wegetowałam, nawet o tym nie wiedząc. Jak ślepiec (nieświadom, że jest ślepcem), który nagle zaczął widzieć. Jak głuchy (nie wiedzący o swoim kalectwie), który nagle usłyszał coś więcej niż szum. A powiem Wam, że jest w tym pewna dosłowność – kolory i dźwięki też uległy zmianie, stały się wyraźne i przyjemne.
Prezesie – pomyślałam wtedy – więc normalni ludzie TAK czują?

Dowiedziałam się, co to jest przyjemność.
Proste rzeczy – jedzenie, spacer, spotkanie z ludźmi – to były do tej pory obowiązki.
Ludzie tak robią i mają z tego radość – powtarzałam sobie, starając się żyć jak inni.

Nikt nie podejrzewał, że jestem jak zamalowane sprytnie okno na  Edge Lane, za którym kryją się strachy w ciemnych kątach i hula wiatr. Inteligencja pozwala przecież nauczyć się pożądanych reakcji, uśmiechu, entuzjazmu.

Inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny uwolniły mnie od obowiązku udawania, że żyję.
Od tamtej pory radzę sobie, bo wiem, jaki stan jest stanem normalnym. Dopóki się tego nie dowiedziałam, żadne techniki nie mogły pomóc. Po prostu nie miałam pojęcia, do czego mam dążyć.

Teraz mogę sobie pozwolić (nie zawsze) na inne niż SSRI sposoby wychodzenia z czarnej dupy. Zabawne, jak wiele można osiągnąć poprzez traktowanie siebie z odrobiną szacunku.
Mam na myśli zaprzestanie ciągłego zamęczania siebie i otoczenia pytaniami: Czy ja jestem normalna? Czy jestem wystarczająco mądra? Ładna? Interesująca?
Odkąd ujarzmiłam wlokącą się za mną dystymię i okresową depresję, przeważnie gówno mnie to obchodzi. Zmarnowałam 33 lata życia sądząc, że jest ono ciężkie, smutne i pełne ponurych obowiązków. To wystarczająca danina na rzecz bycia jak inni.

Niestety, nic nie jest aż tak proste.
Ona tam jest, przyczajona, ta wredna siostra. Czuję ją, kiedy nocą patrzę przez otwarte okno w ciemne niebo. Czuję ją, kiedy przychodzą ciężkie dni czekania. Kiedy moje myśli rozpędzają się i niosą mnie do domu.
Tak, Ludzie.
To się nigdy nie skończy.

Urodziłam się z niskim poziomem hormonu szczęścia.
Muszę z tym żyć. I nie wpaść w niewolę SSRI. One mają ratować mnie w chwilach, kiedy sama sobie nie mogę pomóc. Czyli wyjątkowo i tylko wtedy, kiedy wiem, że winda jest już w piwnicy.
Resztę muszę zrobić sama.
Zwłaszcza w kwestii pilnowania windy, żeby za nisko nie zjechała, kiedy ja zajmuję się czym innym.

Ale jest w tym pewna wartość, o czym kiedyś napiszę.
Życie w cieniu wrednej siostry ma swoje wartości i nie zamieniłabym go na inne.

Dziś chcę Wam pokazać coś, co zawsze mnie śmieszy. Choćbym miała napad smutku, kiedy na to patrzę, gęba mi się uśmiecha. A od uśmiechu wzrasta poziom sero-tego-co-trzeba.
Na dodatek koleś śpiewa z takim samym akcentem, jak ja mówię. Przedrzeźnia mój angielski, mówię Wam!

A tembr jego głosu przypomina mi śpiew Agnieszki R.
Słowo, Ludzie.
Po każdym szkoleniu dla policji musiałyśmy odreagować. Brałam gitarę, konspekt wykładu Jak korzystać z prawa, albo Psychologia ofiary przemocy i śpiewałyśmy to bluesowo na dwa głosy.
Żałujcie, że nie słyszeliście.

Ale toto poniżej też Was rozbawi. Prawdopodobnie.
Jeśli po wysłuchaniu i - ważne - obejrzeniu nie śmieje Wam się gębusia, to przykro mi, macie niski poziom serotoniny.
Uśmiech proszę.
Czołem, Ludzie.

Bookmark and Share

Autor: admin

12 maja 2009 o 15:35.