Kategoria ‘Felietony’
Felieton
Ostry zanik substancji szarej
Pożegnania, pożegnania!
Wyjeżdżając z Polski czasami mawiam: wracam do domu.
Innym razem: jadę do Anglii.
Zmienia się moje słownictwo w rytmie doznań emocjonalno-poznawczych generowanych przez polską rzeczywistość.
Która jest, jaka jest.
Ale.
Gdzie jest mój dom?
Wiem tylko, gdzie chcę go mieć.

Tu, przy tej figurce mieszka moje serce, razem z moją duszą.
Z myszami i jaszczurkami.
Z pajonkami wielkości zmutowanego czołgu.
Boże, pomożesz?
Chwilowo opuszczam mój dom i tak jak bociany z gniazda na mojej łące - udaję się do miejsca, gdzie mogę przetrwać zimę.
Lichtendorf Nord i pamiętający palec
Moim zdaniem jest środa.
Jadę sobie, Krzysiek drzemie, zrelaksowany i spokojny spokojem pasażera, który nie posiada prawa jazdy.
W Jędrzychowicach smarkając i pojękując żałośnie żegnam swoją wredną, wyrodną ojczyznę, wydając resztkę złotówek na papierosy i tankując do pełna.
Przez Niemcy śmigam żwawo, coś mi w kołach stuka po jeździe po krakowskich wertepach i mazurskich dołach.
Wreszcie – gdzieś za Dortmundem – czas na kolację i następne tankowanie.
Zjeżdżam na stację w Lichtendorf Nord.
I nagle oblewam się gorącem, po czym stygnę do temperatury zamarzania, ponieważ.
Ponieważ coś sobie uświadamiam.
Uświadamiam sobie, ze nie pamiętam.
Nie pamiętam PINu do karty płatniczej.
Jeszcze nic nie mówię Krzyśkowi.
Wydaje mi się, że kiedy podejdę do terminala, to sobie przypomnę.
Na wszelki wypadek nie tankuję, idę prosto do bankomatu.
W głowie pustka.
Wklepuję 9302.
Wrong PIN – wyświetla się.
Wklepuję 9203.
Wrong PIN – wyświetla się.
Została mi jedna próba, potem karta zostanie zablokowana.
9603.
Wrong PIN - wyświetla się.
Wracam do samochodu z gównianą nowiną, wydaje mi się, że kiedyś zapisywałam ten numer, na wypadek ataku demencji. Ale nie pamiętam gdzie! A nawet nie jestem pewna, czy faktycznie zapisywałam. W końcu używałam tej karty non stop. Tyle, że od lipca ani razu nie potrzebowałam PINu, bo prehistoryczne terminale w Wielbarku nadal stosują podpis…
Przeszukujemy portfel, notatnik i kolejny notatnik.
Dzwonię do banku do Anglii, żeby odblokować kartę.
Serce mi bije szybko, bo mam już resztkę limitu na koncie telefonu.
Wysłuchuję muzyczki, zgłasza się operator.
Przedstawiam problem, ratunku, co mam robić?!
Odpowiedzieć na kilka pytań:
Podaję imię, nazwisko, numer karty.
Nazwisko panieńskie matki, moją datę urodzenia, moje drugie imię.
I znowu muszę przedstawić problem.
Operator przełącza mnie do innego kolegi, bo nie umie mi pomóc, czas płynie, duszę się z paniki, że telefon mnie rozłączy.
Muzyczka, pytania, odpowiedzi, problem.
Więcej pytań: w jakim mieście mam konto?
Na jakiej ulicy?
O Dobry Boże, doceniam troskę o bezpieczeństwo moich pieniędzy, ale zaraz skończy mi się karta telefoniczna!
Operator numer dwa uspokaja mnie: wyślemy ci nowy PIN w ciągu kilku dni roboczych na adres domowy.
- NIE! – krzyczę i powtarzam, że stoję na parkingu w Niemczech.
- Na parking w Niemczech nie możemy wysłać.
- Odblokuj mi kartę – proszę uniżenie.
- Dam ci trzy kolejne próby – oznajmia operator. – Może postaraj się poszukać w pamięci tego numeru.
Staram się!
Nic w mojej pamięci nie ma, oprócz spienionej paniki.
Jednak próbuję: 9603.
9306.
I ostatnia próba 9602.
Koniec pieśni, karta zablokowana.
Przypominam sobie, że jest jeszcze jakiś szczątkowy kredyt na drugiej karcie telefonicznej, muszę zadzwonić do banku…
Muzyczka, pytania, więcej pytań, jeszcze więcej pytań, propozycja wysłania nowego PINu…
Wreszcie odblokowuję kartę, mam trzy następne próby.
Ale co mam próbować, kiedy w mojej głowie jest już tylko bolesne stukanie?
Nie mamy nic do żarcia, nie mamy gotówki, benzyny, ani nadziei na jakieś rozwiązanie. Zenia mieszka gdzieś koło Kolonii, ale nie mam do niej żadnego kontaktu poza emailem, a Internet – owszem – jest, ale za 8 euro na godzinę. A ja nie mam nawet na kibel!
Wykonuję kolejne dwie próby, desperacko ufając, że któraś będzie udana.
Wrong PIN - wyświetla się.
Wrong PIN wyświetla się.
Została jedna próba…
Wysyłam rozpaczliwego esemesa do Gośki, bo do kogoś muszę, inaczej oszaleję. Może oddzwoni.
Oddzwania szybko a ja smarczę w telefon.
Problem w tym, że ona jest kilkaset kilometrów od Lichtendorf, ale i tak mi lepiej, że ktoś się mną przejmuje.
Myślę sobie: jeśli tu zdechniemy, to ktoś będzie wiedział, gdzie są nasze zwłoki!
Telefon już prawie rozładowany, ale Gośka każe mi iść do budki telefonicznej i podać jej numer, to zadzwoni.
A także wypowiada magiczne słowa:
- Aniu, ja coś wymyślę.
I nagle wierzę, że faktycznie wymyśli, że nie zostaniemy tu sami.
Ogarnia mnie spokojna rezygnacja i wtedy – dokładnie wtedy, kiedy patrzę na klawiaturę telefonu w budce – mój palec wskazujący przypomina sobie taniec, który wykonywał tysiące razy na klawiaturach terminali.
Idę na miękkich do bankomatu i tym pamiętającym palcem, nie używając mózgu wystukuję numer, po czym słyszę rozkoszny szum liczonych banknotów.
I w ten sposób, po kilku godzinach najedliśmy się do syta, choć w międzyczasie tacy, którzy mieli ze sobą gotówkę wyżarli nam wszystkie sznycle.
Spać, spać, spać.
Zmęczenie zwala mnie z nóg.
Śnią mi się PINy.
Tysiące PINów, a żaden nie pasuje…
Anglia wita nas piękną pogodą.
I korkami na na London Orbital.
Ktoś posprzątał mi dom, od dziś zawsze będę zapraszać gości pod moją nieobecność!
Naszym zdaniem jest piątek.
Ale komputer wyświetla sobotę.
Gdzie u licha podział się jeden dzień????
Felieton
Bogać tam!
Zza krzaka dobiegło potężne kaszlnięcie rudej krowy i wyrwało mnie z letargu.
- Siemanko, Blondi – przywitałam się.
Brak cóś napisać – pomyślało mnie siem po kurpsiowsku.
Zawczora siedzielim na podwyrku, bo gwiazdy spadały.
Siedzielim tak do czwarty rano, zaś przyszła mgła, gwiazdy zblakły i brak było siem kłaść.
Ale co widzielim, to nasze.
Gwiazdy – owszem – spadały.
Ale błyskało się na tym niebie, że nam omal ślepia wypaliło.
To Krzysiek wzion się na sposób, wzion aparat i polaz w pole.
- Kaj ty siem w te krze pchosz? – zapytałam dla porządku poznawczego. – Ciepiór cię capnie a szponiara wymłóci!
Nie dał się chłop zastraszyć i sprzęcisko pod lasem rozstawił.
Ja zajęłam z góry upatrzoną pozycję u płota, sadowiąc się w skrzypiącym bujanym fotelu.
Znaczy się: w tym co zostało z fotela po wizycie Darka (ale miał ze sobą taśmę izolacyjną, to żeśmy skleili).
I wtedy tak się błysło, że ze szczątków fotela spadłam! To na wsiaki słuczaj już na tej ziemni zostałam
.
W Gazecie Wyborczej z 11 sierpnia, cudem upolowanej na tych terenach, gdzie króluje Fakt, w dziale NAUKA popełnili taki artykuł naukawy na temat nocnego nieba, że pierwej myślałam, że te błyski są w tej sprawie. No wiecie, protest taki niebieski. Bo pomylić wschód z zachodem? I się podpisać nazwiskiem?
Bogać tam! Som gorsze rzeczy, Ludziska.
U nosz na Kurpsiach nie ma Internetu, telewizji i gazet, ale co wejdziem na górkę i zadzwonim do teściowej, to się rozmaitych rzeczy dowiadujem.
Uch, ale siem w ty Warsiawie dzieje!
U nas to som tylko komary, gzy, krowy, bociany i żurawie.
Cykady.
Pajonki zmutowne wielkości czołgu.
Mrówki tak towarzyskie, że snują się za nami po całym obejściu.
I cztery kilometry do najbliższego sklepu.
Ale to właśnie u nas nad lasem objawił się, zobaczta sami na zdjęciu.
Tylko nie jestem pewna któren to:
Bronisław Apokalipsa Komorowski czy Jarosław Zbawiciel Kaczyński?
- Bogać tam - Maryśka powiada. - to może być Nowa Ćfasz Leppera!
( Ale jej się wszystko z rentami strukturalnymi kojarzy).
No to, Ludziska, cóś tam wiecie, ale na pisanie o przygodach czas przyjdzie za kilka tygodni.
A było ich – jaśnista cholerka – od groma.
Nie piszta do mnie, bo i tak nie przeczytam.
Żeby wstawić ten tekst, muszę jechać aż do Wielbarka, więc wyobraźta sobie, ile czasu musiałabym tam spędzić, żeby odebrać ewentualne komentarze!
Nie piszta, Ludziska.
Cieszta się życiem, bawta się i opalajta.
Co i ja czynię sumiennie.
Buźka!
Małpa Nowakowska
