Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

sierpień 2009 - archiwa

Felieton, Fotoreportaż z podróży

komentarze (9)

Iść

Zawsze chciałam po prostu iść.
Pierwszy raz usiłowałam iść mając jeszcze pieluchę w gaciach. Nie wiem czemu w rodzinie nazwano to moją pierwszą ucieczką z domu. Może dlatego, że były drugie, trzecie i czwarte?
Tyle, że to nie były żadne ucieczki. Ja nie chciałam uciekać, ja chciałam po prostu iść.
W wersji (dorosłej?) leniwej – jechać.
Wsiąść do samochodu byle jakiego (byle własnego), jechać.
A później zatrzymać się i iść.

Jest takie miejsce.
Do którego lubię wracać.
Dwie godziny jazdy, nocą mniej.
Kierunek – Walia.
Miejsce docelowe – Idwal Cottage, parking z zepsutym parkometrem. Hurra, cztery funty zostają w kieszeni, będzie bal.
Słońce wyłazi znad Ogwyn Valley i od razu kryje się za Tryfanem. Ta góra przypomina mi Giewont – widzę profil nieco nadętej twarzy, niech śpi.
- Jeszcze pogadamy – odgrażam się. – Niech no tylko złapię kondycję!
Ale póki co, kuśtykam po dolinach i płaskowyżach.
Słup z kręgami, Ludziska. Ten cholerny słup…

Kiedy Krzysiek wspina się krętymi szlakami w górę do Llyn Bochlwyd, ja siadam i kontempluję. Kątem pluję sobie w brodę, że wciąż nie doszłam do siebie na tyle, żeby iść tam, gdzie pragnę.

Ale tylko przez chwilę tak pluję. Bo jestem tutaj i nigdzie się nie śpieszę, a piękno, powietrze, zapach i wiatr mam dla siebie i przy sobie.
Skaliste zbocza Pen yr Ole Wen są dziś szaro-purpurowe. Nazywam ją smutną górą, bo zazwyczaj czuję przejmujący smutek patrząc w tę stronę. Tylko nagie, poszarpane skały, lawiny kamieni osypujące się do jeziora Llyn Ogwyn. Ale dziś jest przepiękna, wystrojona w kieckę z kwitnących wrzosów. Słońce dodało jej urody i patrzę na nią bez smutku – purpurowa góra.

Wicher urywa głowę, pędzą chmury. Założę się, że na Tryfanie już pada! Może i dobrze, że mnie tam nie ma. Że jestem tutaj.

A to kto?
No patrzcie, Ludziska – dzika górska koza z dzieciakami.
A gdzie Krzysiek z aparatem, do diaska?
Poszła sobie, trudno.

Chodzę dookoła jeziora Llyn Idwal, pojawiają się pierwsi turyści, już nie jestem sama.
Szkoda.
Trudno.
Łaskawie przyznaję im prawo do bycia tutaj, niech są.

Wraca Krzysiek – zdyszany, spocony, dokąd się tak śpieszy? Do mnie?
- Misiu, mam coś dla ciebie – woła z daleka.- Spodoba ci się!
Chcę jak zawsze warknąć: nie mów do mnie Misiu, ale po co? Warczę tak już piętnaście lat, bez efektu. Pora się z tym pogodzić.

Zwłaszcza, że niespodzianka rzeczywiście mi się podoba:
Okazało się, że też miał bliskie spotkanie z kozą, wyszła prosto na niego. Nie chciała wprawdzie pozować, ale zdołał ją jakoś przyskrzynić.
Piękna, dumna kozia mamma.
Wiecie, że owce są teraz bielusieńkie?
Aż szczypią oczy od tej bieli.
Po niedawnym strzyżeniu jeszcze nie zdążyły się wyświechtać.
Jesienią i zimą znowu zrobią się bure.
Jak wszystko dookoła.

Idziemy w dół Nant Ffrancon wąską asfaltową drogą. Dziesiątki miniaturowych wodospadów tworzą muzykę tej rozległej doliny.
Strumienie wpadają do Afon Ogwen i zmierzają zgodnie tam, dokąd wszyscy zmierzamy. Żeby połączyć się z czymś większym, niż my sami.

Iść.
Tylko tyle, aż tyle.

zdjęcia: Krzysztof Nowakowski

Bookmark and Share

Felieton

komentarze (5)

Nieumarta, czyli wciąż żywa

Dzięki dobroczynności udało nam się wczoraj wyskoczyć na dzień do Snowdonii.
Błogosławieni czyniący dobro.

Powiadają, że to był ostatni dzień tego, co w Anglii uchodzi za lato.
Ostatni dzień tego, co Anglicy nazywają ładną pogodą.
W każdym razie złapaliśmy ten ostatni powiew ciepłego wiatru w żagle.
Dziś od rana ziąb, a z góry od czasu do czasu leje i siecze.
Ukośnie, bo wiatr.

Jutro lub w niedzielę wstawię fotki i napiszę story, żeby było fotostory.
Zanim Krzysiek przygotuje te zdjęcia, ja z nudów opowiem Wam, jak się czułam wczoraj, na sekundę przed domniemaną śmiercią. Żeby już do tego nie wracać.

Było tak:
Jeszcze siedziałam na parkingu - po lewej góry, po prawej rozległa dolina; huk wodospadu tłumił inne odgłosy, owca wpatrywała się w skupieniu jak zakładam górskie buty.

Nagle!
Ryk, jak koniec świata.
Wytrzeszczyły mi się oczy.
Bo:
Znad przełęczy leciał na mnie ogromny pocisk, przechylony, bujając skrzydłami, ryjem w dół, z oślepiającym światłem z przodu.
Z ogromną prędkością, jak to pocisk.

Wywiało mi wszelkie myśli z głowy i pozostało tylko pytanie:
CO TO JEEEEEST?????
Mój umysł - próbując poradzić sobie z dysonansem - odpowiedział: spada na ciebie samolot.
Bo tak rozpoznał sytuację.
Moje ciało próbowało dostać zawału i udaru jednocześnie.
Pojęcie: przestraszyć się, ma się nijak do moich uczuć w tamtej chwili.
Raczej: doznać ciężkiego szoku. To już bliżej.

Pocisk przeleciał z rykiem nad moją głową i poleciał dalej, w dolinę.
Dopiero wtedy pojęłam, co to było.
No, Ludziska?
Co to było?

Głupstwo, chłopcy z RAF-u uwielbiają swoje odrzutowe zabawki.
Śmigają między górami, kręcą się jak gówno w przerębli po sielskich dolinach, robią masę hałasu i straszą takie jak ja durne turystki.
Durna turystka Nowakowska – widząc samolot nie więcej niż trzydzieści metrów nad głową - uznała, że nadszedł kres jej ziemskiej wędrówki.
(Niedawno w Szkocji jeden z tych kolesiów rozbił się w podobnych okolicznościach. Szczęśliwie nie spadł nikomu na łeb a pilot zdążył się katapultować. Bum!)

Przedśmiertnie zarejestrowałam, że dominującym stanem mojego umysłu było niedowierzanie i szaleńcza praca, żeby rozpoznać rodzaj zagrożenia.
Zaś jako nieumarta, czyli ocalała, stałam się bardzo podekscytowana. Wprost nie mogłam się doczekać, żeby przeleciał jeszcze raz.
Jeszcze, jeszcze, niecierpliwiłam się,  jak dziecko w wesołym miasteczku.
Bo ja uwielbiam się bać, byle nie śmiertelnie.

Kiedy mój mózg uporał się z chwilowym dysonansem poznawczym, kiedy to doświadczenie zostało ulokowane w kategorii „znane” – zapragnęłam znowu się przestraszyć, ale w sposób kontrolowany.

Wszelkie samoloty wojskowe budzą moje przerażenie, nigdy nie dowiem się, dlaczego.
Mając trzy lata śniłam o nalotach bombowych, choć nawet nie wiedziałam, że istnieją samoloty. Budziłam się z wrzaskiem i do dziś pamiętam, jak próbowałam opisać słowami, co mi się śniło. Żółte bombowce i ja, kryjąca się za jakimiś wątłymi ścianami zrujnowanych chałup.
Nie znałam takich pojęć jak wojna, nalot czy bombowiec, nie oglądałam telewizji, bo nie mieliśmy telewizora w 1963, ale w snach miałam pełną świadomość, że za chwilę zginę od pocisku.
Później, już w przedszkolu, te sny minęły i przez wiele lat miałam spokój z bombowcami. Aż nagle – tuż po urodzeniu córki – wróciły. I znowu w snach uciekałam przed bombami, ale już z niemowlęciem w ramionach.

Oto najdziwniejsza przygoda z tym związana – a zarazem dosyć żenujący wyczyn:
Był 1983 rok, zima. Zawsze, kiedy elektrownia na Siekierkach spuszczała parę, u nas na Górnym Mokotowie brzmiało to jak głuchy pomruk. W dzień ten pomruk zagłuszały tramwaje i inne uliczne odgłosy, ale wtedy akurat puścili tę parę nad ranem. Musiałam coś usłyszeć przez sen, bo ledwie wybudzona, w jakiejś sypialnej koszulinie i z  kilkumiesięczną Asią na rękach wypadłam na schody, uciekając… przed nalotem. Wierzcie mi, biegłam ratować siebie i dziecko, słysząc ponure mruczenie nadlatujących bombowców. Wariatka!

Samoloty, ryki, narastający hałas silników i temu podobne zjawiska od zawsze budziły we mnie paniczny lęk i odruch ucieczki. Musiałam ciągle pamiętać, kiedy – z okazji jakiejś wojennej rocznicy – w Warszawie miały wyć syreny, wiecie, żeby nie wpaść w panikę i nie robić z siebie wariata większego, niż wypada.

Już dawno oswoiłam te lęki, mogę oglądać filmy wojenne (tylko po co?), mogę patrzeć na samoloty na niebie (byle do nich nie wsiadać), umiem odróżnić realne zagrożenie od gier mojej wyobraźni.
Prawie zawsze.
Za wyjątkiem chwil, kiedy tuż nad moją głową pikuje radośnie zawadiaka z RAF-u.
Znienacka.
Co innego, kiedy wiem, czego się spodziewać.
Bo gdy znowu się pojawił, miałam sporą frajdę, patrząc na jego wyczyny.
Korkociąg nad przełęczą, ostry lot w dolinę, hej, Ludziska, ale zabawa.

Co mnie nie zabije, to mnie rozbawi.
Jak zwykle.

Bookmark and Share

Autor: admin

28 sierpnia 2009 o 19:06.