Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Kategoria ‘Reportaż’

Felieton

komentarze (6)

Morda w kubeł, emigrantko!

Wczorajsza garść moich śmieszno - przykrych wrażeń z ojczyzny narobiła trochę zamieszania, no nie?
W dodatku na Interii 360, gdzie staram się nie bywać bez wyraźnej potrzeby.

No ale.
Zgodnie z zapowiedzią Andy’ego, polemika jest ostra, osobista nawet.
Umoralniająca, że tak powiem.

Trochę przerośnięta.
Bo jakby do mnie, ale trochę obok.
Czy ja skrytykowałam cały kraj?
Nie przesadzajmy, proszę.

Bo to był tylko rzut oka na rzeczy, od których odwykłam.

Jednakowoż.
Stał się ten biedny felieton przyczynkiem do dość ogólnych twierdzeń, których nie ja jestem autorką. Ja – przypominam i łatwo sprawdzić – opisałam swoje własne przygody i refleksje na ich temat.
Reszta jest nadinterpretacją.

Cały problem polega na ciągłej gotowości do obrażania się i snucia domysłów na temat intencji autorki biednego felietonu. A autorka po prostu powiedziała, co wiedziała, co widziała i co czuła. Bez pretensji do opisu całej polskiej rzeczywistości anno domini 2010.
Tak się składa, że tam byłam, coś przeżyłam i napisałam o tym.
Skąd więc ta nadwrażliwość i pogotowie polemiczne?

A no stąd, że jestem parszywą emigrantką.
Wyjechaną.
Obcą.
Osobą stamtąd.
Nawet, jeśli przeżyłam w Polsce 44 lata, to się już nie liczy, bo …
No właśnie, bo co?
Pytam: bo co?
Kiedy pisałam swoje felietony drogowe w cyklu Zołza za kółkiem, nawet nie myślałam jeszcze o emigracji. Wtedy wolno mi się było wypowiadać na temat moich wrażeń na drodze.
A teraz: morda w kubeł.

Symptomatyczne jest osądzanie, kto ma a kto nie ma prawa pisać ironicznie o przygodach własnych w Polsce.
Powiem tak: nikt mi takiego prawa nie dawał i nikt mi nie będzie go odbierał.

Ponieważ piszę o tym, co mnie porusza, gdziekolwiek jestem.
Tutaj, pod Liverpoolem.
Tam, w kraju.
W Szkocji.
W Bajdocji.
Na Madagaskarze.

Jeśli mam coś do opisania, to piszę.
Nie zawsze milutko.
Nie zawsze grzecznie.

Ale zawsze szczerze, bo nie widzę wartości w podlizywaniu się czytelnikom.

Więc jeszcze raz podkreślę rzecz – mam nadzieję – oczywistą:
Opisuję zjawiska i postawy, które mam w zasięgu wzroku. To, co dostrzegam, jest osobiste i obarczone błędem subiektywnego odbioru. Dlatego nazywam swoje teksty felietonami, a nie pracami doktorskimi.

Luzik, Ludziska, jutro będzie o Polsce pięknie i romantycznie.

PS. Jeśli zaczniecie czytać moje teksty z nastawieniem: o co by się obrazić, to gwarantuję, że zawsze coś się znajdzie. Taka już ze mnie Małpa Nowakowska Peel.

Bookmark and Share

Autor: admin

20 stycznia 2010 o 16:08.

Reportaż

komentarze (8)

Chleba naszego

Po pięciu latach w Zjednoczonym Królestwie oświadczam pod przysięgą, że kuchnia angielska w założeniu jest znakomita. W rzeczywistości natomiast – dla mnie - niejadalna.

Nie będę rozpisywać się nad mdłym smakiem, błotnistym wyglądem i podejrzaną wonią angielskich przysmaków serwowanych w jadłodajniach i kantynach.

Nie mam wyrobionej opinii na temat tego, co jadają klasy wyższe, wiem tylko czym żywią się robotnicy, urzędnicy i beneficjenci pomocy socjalnej. Fiszem z czipsami i fasolą na grzance, posypaną chrupkami ziemniaczanymi.

Mam jedną słabość – jest nią cornish pastry. Wynalazek kornwalijski, dawno temu z biedy powstały, podobnie jak włoska pizza i polskie kiszki kartoflane na suwalszczyźnie.
Cornish pastry to kartofle z marchwią, brukwią i pasternakiem, zapieczone w cieście w formie pieroga. W wersji bogatszej do farszu dodaje się mięso wołowe lub baranie. Tego dania nie da się spieprzyć, więc lubimy sobie skubnąć pieroga od czasu do czasu.

Chlebuś powszedni w Anglii nadaje się tylko do opiekania w tosterze i karmienia ptactwa. Niechby go nawet nazwano wiejskim albo pełnym - zrobiona z niego kanapka nie ma smaku, a po pewnym czasie przyjmuje żałosną konsystencję frotowej skarpety namoczonej w serwatce. Ciamkanie takiej kanapki wywołuje falę tęsknoty za chlebem z Polski. Wraz z falą mdłości.

Ale czego ja jęczę?
Przecież już nie muszę uruchamiać wyobraźni, żeby uwierzyć że to, co mam w ustach, to jest chleb.
Od pewnego czasu mam polski sklep w St Helens, na 129 Duke Street.
Zamiast użalać się nad losem emigranckiego podniebienia, mogę wreszcie zadbać o swoje smakowe potrzeby.

Sklep nazywa się Patrycja, bo tak ma na imię córeczka małżeństwa, które wzięło na siebie trud  żywienia Polaków w St Helens. (Nie mogę nie wspomnieć, że Patrycja ma największe niebieskie oczy, jakie widziałam u dziecka. Cudnej jest urody! Dla ciekawskich dodam, że to po mamusi.)

Asia i Daniel uszczęśliwiają nas świeżutkim polskim chlebem, kiszonymi ogórkami i kapuchą oraz wszelkimi pysznościami z firm wędliniarskich.
Niech no tylko ugotuję żurek na polskiej białej kiełbasie, od razu robi się swojsko i domowo. Pachnie jak u mamy.
A smażona kaszanka z cebulką? (I nie mówicie mi, że angielski black pudding to kaszanka.) Boczek wędzony. Szynka o smaku szynki.

Nie wiem, jak oni to robią, że mogę u nich kupić dosłownie wszystko, co sobie wydumam.
Wróć!
Oczywiście, że wiem jak to robią:
Pracują od świtu do nocy, tak to robią. Prowadzenie i zaopatrywanie sklepu to nie praca w fabryce, żaden dzwonek nie odgwizduje im fajrantu. Nie dla nich urlop w tropikach, nawet wycieczka nad morze zdarza im się rzadko. Albo biznes, albo przyjemność.
Podziwiam ludzi, którzy wiedzą, czego chcą i ciężko na to pracują.
I – w efekcie ich wysiłku – mogę zajadać najprawdziwszy polski biały ser z i pić kefir. No bo Anglicy jeszcze nie wymyślili kefiru…

Ludziska, jak będziecie w St Helens, nie zapomnijcie wpaść do naszego sklepu na Duke Street, po świeży chlebek i polską wiejską kiełbasę. I dobry polski chrzan.
Ileż można żywić się kartoflami z rzepą w cieście?

zdjęcia: Krzysztof Nowakowski

Bookmark and Share

Autor: admin

17 września 2009 o 15:52.