Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

wrzesień 2009 - archiwa

Felieton, Fotoreportaż z podróży

komentarze (6)

Fotoludki

Miałam przyjemność spędzić kilka dni w towarzystwie artystów - fotografików.
Jednego mam wprawdzie na co dzień, ale nie odczuwam tego tak radośnie, bo milczek z niego.
Tak myślałam: milczek z niego – aż do dnia, w którym przyjechali Żaneta i Grzesiek.
Przyjechali, przywitali się ładnie, rozpakowali graty i… zaczęło się.
W mojego męża wstąpił duch.
Jak już wstąpił, to poznać go nie mogłam: japa mu się nie zamykała i gadał w obcym języku.
O czym rozmawiali artyści – pejzażyści, to wiedzą tylko oni. Ja wychwytywałam tylko pojedyncze frazy: balans bieli, saturacja, sigma, krop, pełna klatka…
Zresztą nikt nie oczekiwał – Prezesowi dzięki – że będę rozumiała o czym oni mówią.
Moja rola ograniczała się do robienia kanapek, a w tym jestem niezrównana.

Jedno wszakże udało mi się pojąć – oni są zdolni do najwyższych poświęceń, żeby złapać promień słońca o świcie.
No bo jak inaczej wyjaśnić, że troje dorosłych ludzi nie je i nie śpi, a zamiast tego wdrapuje się na górę, gdzie mają nadzieję uchwycić wschodzące słońce?
Pędzą tam przez ciemny las, rozdeptując po drodze grzyby, owce, krowy i bażanty, żeby zdążyć na ten wschód… a tam nic, zero słońca, chmuuuuuury jak sto tysięcy.
Ale czy oni rozpaczają z tego powodu?
Upadają na duchu?
Otóż nie, nawet jeśli mają mroczki przed oczami ze zmęczenia.
Planują następną wyprawę. Pojadą sto kilometrów dalej, a nuż pogoda się zmieni na lepszą? Może zachód będzie ładniejszy?
Spać? Jeść? E, szkoda czasu, tyle jest pięknych kadrów do odkrycia.

A po zachodzie? Jasne, czas na zdjęcia nocne. Spać? Jeść? Nie ma szans.
Kanapki przyjeżdżają nie rozpakowane. Nie mieli czasu ugryźć ani kęsa.
To właśnie istota pojęcia pasjonaci.

Dla fotografika brak słońca to zmora. Ileż oni czasu spędzają na portalach pogodowych, Ludziska. Wpatrują się w te obrazki, w te przepowiednie (bo przecież nie prognozy). Kiedy portal pokazuje, że będzie słońce – to mu wierzą. Ale jeśli pokazuje chmury i deszcz – za nic nie dają mu wiary.

W przyszłym roku wybieramy się wszyscy do Szkocji. Już się cieszę na myśl, że znowu zobaczę ich w akcji. Będę pisać o nich bloga i robić im kanapki.

Dziwne fotoludki, patrzą na świat trochę inaczej. Oni nie pstrykają zdjęć, oni tworzą małe arcydzieła, złożone ze światła, cierpliwości i natchnienia.
Fotoreportaż poniżej pokazuje trójkę artystów w plenerach i efekty ich pracy.
Samej Żanecie Miderskiej poświęcę w przyszłości całkiem oddzielny tekst. To rzadkość - kobieta wśród pejzażystów. Owszem, są kobiety - i to niemało - w fotografii studyjnej, ale dziewczyn latających w teren z plecakiem pełnym sprzętu jest niewiele. Dlatego chcę, żebyście tę uroczą i zdolną artystkę poznali bliżej.

zdjęcia: Żaneta Miderska , Grzegorz Miderski , Krzysztof Nowakowski

Bookmark and Share

Autor: admin

29 września 2009 o 12:04.

Felieton

komentarze (4)

Popie oczy

Opowiem Wam, jak doszło do tego, że trzy dni stałam przy parujących garach (z krótką przerwą na koszmarne sny o staniu przy parujących garach) i słaniając się na nogach kładłam – wyjmowałam, kładłam - wyjmowałam, kładłam…

Nie pisałam, nie czytałam, na maile odpowiadałam lakonicznie, bo musiałam stać (przy parujących garach) i kłaść, i wyjmować, i kłaść, i wyjmować, i kłaść…

Pewnie kładłabym jeszcze, ale upadłam na duchu.
Upadłam na duchu, bo skończyło się miejsce w zamrażarce.

A jeszcze wcześniej upadłam na głowę.
A to było tak:
Spacerowałam po łąkach, a one do mnie pachniały ślicznie – siankiem i ziołami, bo dzień był – owszem – wrześniowy, ale ciepły i przytulisty.
Czy w Was też pewne zapachy budzą najżywsze wspomnienia, Ludziska?
Bo właśnie od nich wszystko się zaczęło.

Od wspomnień o sianokosach w Sczezłem:
Grabie drewniane z powyłamywanymi zębami i moje ręce w bąblach i odciskach.
- Patrzta, a ta dochtorówna to się nie boi, że rączki zabrudzi, chociaż jentelygentna - mówi babka Szfrańcówny, a ja cała dumna.
Wóz załadowany sianem, aż się kolebie na boki, ja na samej górze, zadowolona szczerzę zęby, a konar jabłonki wali mnie w czoło i widzę podwójnie przez tydzień.
Radosne skoki z wielkiego stogu siana na mniejszy, lądowanie centymetry od sterczących wideł, o Prezesie, jak mało brakowało.
A w południe na pole przynosili obiad w wielkim garze: ziemniaczane kluski ze słoniną i twarogiem.

Kładzione kluchy ziemniaczane, które moja matka nazywała żabami. Nienawidziła ich, bo kojarzyły jej się z biedą.
Ja je uwielbiałam, bo dla mnie oznaczały lato, słońce, ciężką pracę i chwilowe, lecz silne poczucie wspólnoty z ludźmi.

I przez te oto fantasmagorie napisałam maila do Dziuni, żeby napisała do Buni, żeby ta pilnie przysłała mi przepis na żaby Dochtorowej. Natychmiast, bo ślina mi cieknie, ratunku!

Wielki mi przepis – powiecie – co to za filozofia zrobić kluski?
Rzecz nie w jakichś tam kluskach, tylko w tych dokładnie i nie innych. Kluskach. Tych z 1975 roku.

No i dostałam przepis, zaczynający się od: utrzyj ze cztery duże kartofle…

Postanowiłam utrzeć osiem ogromnych, żeby było ciut więcej. Ale zamyśliłam się i w końcu utarłam wszystkie dwadzieścia – bo tyle było w paczce. Skoro do czterech miałam dodać jedno jajko, to do dwudziestu wbiłam pięć. No co? Sprawdziłam z kalkulatorem Ludzie!
Kiedy przyszedł czas na mąkę, musiałam pojechać do sklepu, bo kilogram nie wystarczył, żeby zagęścić ciasto.
Ten drugi kilogram też nie dał spodziewanego efektu, bo kluski mi w wodzie znikały: kładę łyżkę ciasta, hyc…i nie ma.
Więc pojechałam jeszcze raz.
Przestało mi się toto mieścić w misce, więc musiałam wyszorować i wyparzyć wiadro, takie od mopa.

W pewnym momencie kluski przestały znikać, a zaczęły wypływać.
- Śliczne moje! -  ucieszyłam się jak głupia.

Reszty już się domyślacie, hę?
Po prostu stałam i kładłam, wyjmowałam, kładłam, a z wiadra nic nie ubywało.

Ludziska, może wpadniecie na żaby ze słoniną i twarogiem do St Helens? Sto osób podje do syta, a jeśli zabraknie, to utrę następne dwadzieścia ogromnych ziemniaków…

Bookmark and Share

Autor: admin

24 września 2009 o 5:38.