kwiecień 2009 - archiwa
Felieton
No i czego, ja się pytam z poziomu zen?
Dochodzą mnie jakieś subtelne pretensje i zgryźliwe żarty.
Wieść niesie, jakobym ocipiała, w związku z czym nie potrafię już wysłowić się na własnym blogu.
A dowodem tego jest moje uporczywe, trzydniowe milczenie.
Inni twierdzą, że porwano mnie dla okupu.
Prawda leży po środku, bo gdzie ma leżeć?
No, gdzie?
Owszem, ocipiałam wiosennie i oddaję się obserwacji ptaszków, kiedy mi się sprzykrzy obserwacja mrówek kuchennych.
Ale także pracuję ciężko nad przetłumaczeniem tekstu, który już raz został przetłumaczony, czyli – po prostu – redaguję.
Redagowanie cudzego tekstu przypomina picie wody, która już raz została wypita. Jako takie, wymaga ode mnie w trakcie pracy praktykowania filozofii zen.
Kroki zen, jak wiadomo, służą wyłącznie rozwinięciu świadomości tu i teraz. Na dodatek w taki sposób, żeby to, co jest tu i teraz było dokładnie tym, czego pragnę.
Nawet jeśli tego nie pragnę.
Nie pragnęłam.
Nie będę pragnęła.
Ani pragła.
Ma być tak, jak jest.
I już.
A tu i teraz jest tak:
Nie twierdzę, że mierzi mnie poprawianie cudzego tekstu i nadawanie mu formy czytalnej. Wręcz przeciwnie, zdecydowanie to lubię.
Problem z tu i teraz jest całkiem innej natury:
Otóż wolałabym, żeby mi płacono za to co sama napiszę.
A nie.
Za to.
Że uczynię czyjś tekst zdatnym do użytku.
Rzecz nie polega na tym, że nie mam nic do zaoferowania.
Ależ mam.
Kłopot w tym, że brak mi umiejętności wślizgiwania się w objęcia wydawnicze i pozostawania w nich dostatecznie długo, żeby mnie zauważono.
Kiedy wydawałam swoją pierwszą książkę w wydawnictwie Zwierciadło, kosztowało mnie to masę energii wyrzuconej w błoto. Książka sprzedała się natychmiast - jak się okazało - ale zanim została wydana musiałam wysłuchać całej litanii o tym, kim nie jestem.
Dowiedziałam się, że nie jestem Eichelbergerem.
Nie jestem Cohello.
Nie jestem Jandą.
Nie jestem Kopernikiem.
W ogóle nikim nie jestem i powinnam być wdzięczna, jeśli ktokolwiek raczy spojrzeć na moją książkę.
A nie.
Poganiać.
Marudzić.
I żądać zapłaty.
Którą zresztą po latach czterech otrzymałam.
Tu i teraz nadal nie jestem nikim z wyżej wymienionych, więc moja książka zalega w śmietniku zaprzyjaźnionego (ale nie ze mną) wydawnictwa. Ponieważ jest świetnie i dynamicznie napisana (opinia nadesłana z innego wydawnictwa) więc nie zostanie wydana, bo po co. Jest tyle gorzej napisanych książek, które ja mogę zredagować.
Alleluja, Ludzie.
Ja muszę z czegoś żyć ewentualnie.
Jeśli zdecyduję się żyć.
Z tego powodu nie mogę pisać tak często, jakbym chciała. A chciałabym cały czas, bo nic innego nie potrafię robić. Nawet jajek ugotować na miękko.
Fizycznie też nie będę już pracować, choć prostota zamiatania zawsze mnie pociągała. No ale ten słup z tymi…kręgami.
Nie teges.
Jak wiecie chwilowo mam zatkany pysk, jeśli chodzi o sprawę Nowakowska versus W. Ale jeśli znowu doznam bolesnego zawodu, to…
Nigdy więcej nie chcę o sobie myśleć w kategoriach naiwnej cipy, którą każdy może przelecieć i podać dalej. Moralnie. Intelektualnie. I na inne – ogólnie przyjęte – sposoby dymania naiwnych cip.
Dlatego moją umowę z Dyrektorem J.S. traktuję owszem, poważnie, ale się do niej nie przywiązuję emocjonalnie.
Bo może okazać się, że znowu pozwoliłam wmanipulować się w opowieść o sierotce Marysi, której krzywdę robi zła czarownica Nowakowska. A tą Marysią jest firma W. opisywana w kategoriach obozu pracy.
A ja pytam grzecznie, czy ja to wymyśliłam?
No, no, niechże mnie nie ponosi.
Spokój!
Peace.
Reasumując, ja piszę cały czas, choć nie zawsze to, co chciałbym pisać.
I z punktu widzenia filozofii zen, nie ma to żadnego znaczenia.
Ani dla mnie, ani dla moich hodowlanych mrówek.
No, chyba że nadam temu jakieś znaczenie, wtedy natychmiast poczuję się źle.
Post scriptum: Osobie, która nadesłała mi przepis na pozbycie się mrówek z kuchni odpowiadam, że nie mam takiego zamiaru. One mi tu w niczym nie przeszkadzają, są czyste a przede wszystkim ciche. Czego nie można powiedzieć o dzieciach sąsiadów.
Macie jakiś przepis?
Pozdrawiam Was Ludzie najserdeczniej, jak potrafię.
Ania
Opowiadanie
Emigracja - Księga Przyjścia
Przeszłam bardzo długą drogę.
Na początku szło nas więcej, ale droga była trudna.
Wyczerpujące szlaki i nieprzyjazne krajobrazy, susza, a gdzie indziej powodzie, drapieżniki - głodne i niecierpliwe.

Raz po raz ogarniało mnie zwątpienie.
Po tysiąckroć przeklinałam los, który każe nam wędrować tak daleko, nie dając w zamian żadnej pewności jutra.
Tylko nadzieję.
Nadzieja musi wystarczyć.
Wiele razy myślałam, że nie podołam. Kiedy jedna z moich sióstr zwolniła swój marsz, zatrzymałam się, żeby dodać jej otuchy. Ale było już za późno na taką pomoc. A nieść jej nie miałam siły. Ledwie wlokłam za sobą nogi. Musiałam ją tam zostawić, w tym obcym świecie.
Po tej pierwszej siostrze inne też zaczęły zostawać.
Na zawsze.
Powoli docierało do mnie, że to może być daremny wysiłek. Daremna droga donikąd.
Upadałam na duchu, lecz uparcie szłam.
Noga za nogą, do przodu.
Tak, przeszłam długą drogę.
I jeszcze kilka z nas, zbyt mało, żeby nazwać nas grupą.
Wyszłam na światło z ciemności.
Wyszłam na otwartą przestrzeń z ciasnoty dusznych korytarzy.
Stanęłam w zachwycie, jeszcze nie wierząc szczęściu.
Choć moje nogi nie chciały nieść mnie dalej, zawróciłam jeszcze, żeby dać nadzieję tym, co wlokąc się z tyłu nie dostrzegają, że już są u celu. Poniosłam radosną wieść i na własne oczy widziałam, jak siły wstępują w ledwie żywe ciała.
- Jesteśmy – zawołałam najgłośniej jak potrafię. – Jesteśmy u kresu drogi, w domu!
Nie pamiętałam skąd wyszłam i skąd wiedziałam dokąd iść, ale miałam pewność, że do tego właśnie miejsca zdążałam.
Kiedy ochłonęłam trochę, a pot wysechł na moim obolałym ciele, przyszedł czas znaleźć bezpieczne schronienie.
To nie muszą być luksusy, my nie żyjemy ponad stan, ale musimy czuć się bezpiecznie.
Lecz najpierw musiałam zdobyć coś do jedzenia i to nie tylko dla siebie.
Cóż, los uczynił mnie najsilniejszą, to zobowiązuje.
Przemierzałam właśnie zupełnie płaską, białą równinę, kierując się w stronę ciemnych gór. Ich sylwetki rysowały się w oddali na tle jasnego światła. Lekki wiaterek niósł stamtąd słodki, upajający zapach.
Zapach jedzenia.
Nie jadłam od tak dawna, że zakręciło mi się w głowie.
Postanowiłam, że zjem pierwsza, żeby mieć siłę nakarmić resztę.
To stało się nagle.
Nie było żadnych ostrzeżeń.
Żadnych pomruków nadchodzącego nieszczęścia.
Moje serce też milczało – zawiodła mnie intuicja, która tyle razy ratowała mi życie w drodze.
Coś śmignęło z okropnym podmuchem, porwał mnie straszliwy wir i cisnął mną o białą, twardą powierzchnię. Aż zaparło mi dech z bólu i ze strachu.
Tuż obok mnie ziała straszliwa czeluść bez dna.
A moje nogi – kiedy już udało mi się na nich stanąć – drżały i odmawiały mi posłuszeństwa.
- Uciekać – chciałam krzyknąć, ale zabrakło mi oddechu i słowa zostały w mojej głowie.
Mojej otępiałej głowie, na którą właśnie zaczął padać ulewny, cuchnący deszcz.
Wielki Boże! – żrący deszcz.
Straciłam orientację i kręciłam się w kółko, a deszcz siekł moje ciało i chyba wypalał we mnie dziury, tak to bolało.
- Więc tak to się skończy – pomyślałam i ogarnęła mnie rozpacz.
A zaraz po niej wściekłość.
- Boga nie ma! – krzyknęłam bezgłośnie. – Nie ma cię, nie ma cię, nie ma cię!
Wtedy jakaś siła – nie wiem jak, nie pytaj mnie jak – wydobyła mnie ze środka trującej kałuży a deszcz przestał padać.
Stałam na trzęsących się nogach, otępiała z bólu i oszołomiona tym, że nadal żyję.
Wciąż żyłam, choć nie umiałam pojąć tego cudu.
Bo to przecież cud, to cud.
Cud.
Zobaczyłam nad sobą To.
Było jasne i miało różne Te.
Wydawało mi się, że To Coś mnie widzi, ale nie umiem wyjaśnić tego wrażenia.
Jak i tego, że zaczęłam do Tego mówić.
Opowiadać.
O drodze, o nadziejach i o umieraniu ze zmęczenia. O nas – że nas tak mało, a na początku było nas tak wiele. O głodzie i o słodkim wietrze zapowiadającym wielką ucztę.
Opowiedziałam wszystko, mając poczucie, że jestem słuchana.
A później zostałam sama i odnalazłam drogę powrotną do słodkich gór.
Najadłam się i za chwilę nakarmię resztę z nas.
Później znajdziemy jakiś przytulny, bezpieczny zakątek.
Niedługo będzie nas znowu wiele.
Jeśli los będzie łaskawy.
Opowieść mrówki zanotowałam dla Was, Ludzie.
Starałam się niczego nie uronić. Byłam jej to winna, bo omal jej nie zabiłam myjąc kuchenny blat sprayem ze żrącym komponentem.
Pewnie domyślacie się, że To, co miało różne Te, to moja gęba gapiąca się na to nieszczęsne stworzonko.
I też dobrze, Ludzie.
