Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Kategoria ‘Opowiadania’

Thriller, Opowiadanie, Fotoreportaż z podróży

komentarze (5)

Co pożarło owieczkę?

Intro

Ania postanowiła dowiedzieć się tego, czego inni nie wiedzą.
Zobaczyć to, czego inni nie widzą.
Jako osoba niespełna rozumu i ogólnie nie - z - pełna, zawsze poszukiwała wyzwań: tajemnych ścieżek, ukrytych przejść do innych wymiarów, rzeczy, które są czym innym, niż się wydają i innych mocnych wrażeń. Najbardziej lubiła sytuacje, w których cierpła jej skóra a włos się jeżył niczym szczotka o długim włosiu ryżowym. Ryżym, właściwie.

Także i tamtego popołudnia, dziesiątego września 2009 uznała, że znalazła coś intrygującego.
Coś niepokojącego.
Ukrytego.

Jest takie miejsce pod wysokim klifem Penmon Point, gdzie nikomu nie udaje się wejść. Niedostępne z każdej strony, niewidoczne z żadnego punktu. Z dwóch stron zasłaniają je urwiska, a z trzeciej - porośnięte nieprzebytymi chaszczami wzgórza, dla pewności ogrodzone drutem. Kolczastym. Jedyna wąska droga jest zamknięta i obwarowana wielkimi tablicami z napisem DANGER!
Tam właśnie zamierzała dostać się Ania tamtego popołudnia.

Kiedy już nakarmiła swojego (umęczonego bieganiem od świtu z aparatem) męża kanapkami z serem, napoiła go wodą i ułożyła go do snu w samochodzie, postanowiła wyruszyć na spotkanie z nieznanym. Otworzyła jeszcze dach, żeby nie umarł we śnie z upału, bo słońce wciąż stało wysoko i piekło całkiem mocno, jak na wrzesień.
- Nie chrap za głośno – przykazała na pożegnanie. – Śpij, ile możesz, a ja wrócę… no jak wrócę, to będę.
- Tylko uważaj na siebie, Misiu – wymamrotał mąż zasypiając.
- Jasne – rzuciła beztrosko. – I nie mów do mnie Misiu.

Plaża

Ruszyła żwawo kamienistą plażą, nieco ślizgając się na wodorostach, które odsłonił odpływ. Wiedziała, że musi przedostać się, zanim fala przypływu odetnie jej drogę i uwięzi pod wysokim klifem. Lubiła ryzyko, ale wspinanie się po pionowych skałach nie było jej ulubionym zajęciem.
Kiedy dotarła do przejścia, przypływ właśnie się zaczynał. Przysiadła na chwilę, żeby odetchnąć i nabrać sił na spotkanie z nieznanym. Napiła się wody dla dodania sobie animuszu i śmiało przeszła na drugą stronę dziury.

A tam…
Przywitało ja ponure basowe buczenie. Nawet szum przypływu i pojękiwania mew nie zdołały stłumić tego złowrogiego dźwięku. Z każdym metrem dźwięk przybierał na sile. I na ponurości.
- Buuu-buuu – spróbowała Ania, ale nie mogła opuścić głosu w tak niskie rejestry.
Przeczołgała się przez oślizłą skałę modląc się w duchu, żeby nie złamać nogi ani ręki, bo kto dowiezie ich do domu. Przez głowę przemknęło jej, żeby jakimiś torturami zmusić męża do zrobienia prawa jazdy…
Nagle!
Koniec wycieczki.
Przed nosem wyrosły jej druty, zasieki i wielka żółta tablica z napisem: DANGER.
Ani druty, ani żaden danger nie zdołałyby powstrzymać Ani, problem w tym, że przed nią sterczała pionowa skała, wysoka na kilka pięter.
I żadnej ścieżki, nic.
Dziwne – pomyślała. – Zajedziwne.

Zawróciła, postanawiając, że jeśli nie dołem, to górą po klifach dostanie się tam, gdzie chce się dostać. Minęła parking, uśmiechnęła się lekko, słysząc donośne chrapanie dochodzące z auta przez otwarty dach, przecięła dziurawą asfaltową drogę i weszła w zieloną czeluść, oznaczoną jako Public Footpath.

Tunel

W tunelu było duszno i wilgotno, jego ściany powstały z ciasno ze sobą splecionych głogów i jeżyn, oplątanych słodko pachnącymi pnączami. W milionach białych kwiatów brzęczały miliony pszczół.
- Tylko spokojnie – rzuciła Ania przyjacielsko, pamiętając, że jest uczulona na ukąszenia.
Pomacała plecak, czy ma zestaw odczulający i był tam. Mogła zatem wejść do tunelu bez obaw o życie.
Wierząc, że zmierza we właściwym kierunku, Ania cieszyła zmysły aromatem i widokiem zielonej dżungli.

Nad jej głową zwieszały się girlandy drobnych zielonych i bladoróżowych jeżyn, baldachy czerwonego głogu i dzikiej róży.
- A co wy takie niedojrzałe? – zapytała jeżyn z pewnym rozczarowaniem.
- Auć! – dodała, bo się ukuła akurat.

W niższych partiach tunelu rosły inne pachnące rośliny, ale nie mogła ryzykować dokładnych badań i oględzin, bo pszczoły. Dość powiedzieć, że pachniały aż gęsto. Ania czuła ten zapach w nosie i w gardle, czuła go nawet powierzchnią skóry, taki był esencjonalny i tyle go było.
- O kurwa – szepnęła do siebie. – Ale zajebiście…
Inne, bardziej poetyckie sformułowania byłyby nie na miejscu, bo żadne słowa nie mogą opisać tak głębokich doznań zmysłowych – uznała.

Idąc, wspinała się wyżej i wyżej, po wyżłobionych w błocie schodkach. Naturalne stopnie trzymały się mocno, porośnięte kępami trawy, ale czasem noga się mocno ślizgała. Po godzinnej wędrówce zauważyła, że teren się prostuje. Tunel stał się szeroki i przestronny, wyłożony płaskimi kamieniami. Czyli jestem już na grzbiecie klifu – pomyślała.

Pokój Czarnego Bzu

Minęła prastary niewysoki murek i ukryte za nim ruiny jakiejś kamiennej budowli. Zawahała się, zawróciła, przedarła się przez kolczaste zarośla i pajęczyny, weszła.
- Puk puk – zawołała do ewentualnych lokatorów. – Swój idzie, nie wyskakiwać na mnie z wrzaskiem proszę.
Powtórzyła to samo po angielsku, bo przypomniała sobie, gdzie jest.
Wnętrze ruin było mroczne i zarośnięte. Olbrzymie paprocie skrywały swoje sekrety pod liśćmi wielkimi jak okręty. Pnącza oplatały mur, inne rośliny i siebie nawzajem.
Cholera, nie znam walijskiego – zmartwiła się. - Czy tutejsze duchy znają angielski?
Właściwie to znała jedno słowo, bo było wymalowane na drogach przed każdym zakrętem: ARAF.
- Araf – zakrzyknęła więc i musiało pomóc, bo żaden duch na nią nie wyskoczył.

W ruinach ziała dziura po drzwiach, a za nią przejście wąskie jak kolczaste gardło.
Ania bez namysłu zanurzyła się w tę gardziel, ufna w siłę rozumu. Przecież duchy to wymysł ludzi z delirium tremens – pocieszyła się roztropnie.
Korytarzyk zawiódł ją do niewielkiego omszałego pokoju, w którym mieszkał Krzak Czarnego Bzu.
Stanęła jak wryta, tak bardzo zaskoczył ją ten widok. Krzak miał rozdwojony, zmurszały pień i dwie suche gałęzie, wyciągnięte w jej stronę w geście rozpaczliwej tęsknoty. Nareszcie jesteś, zdawały się mówić te ręce. Chodź bliżej, niech cię przytulę do swojej wyschniętej z żalu piersi.
Z góry, z tej części, która jeszcze nie obumarła, zwieszały się grona drobnych owoców, jak łzy.

Tak bardzo smutny i samotny był ten Krzak, że Ani zachciało się płakać. Poczuła, że chce usiąść wygodnie u stóp Bzu i pozwolić otulić się wszechobecnym pnączom. Za jakiś czas nikt już nie rozpozna, kim byłam – pomyślała.
To była kusząca myśl.
Ale nie mogła zostać, miała swoją misję do wypełnienia i męża śpiącego w samochodzie.
- Wpadnę do ciebie jeszcze kiedyś – obiecała Krzakowi. – Tylko pozwól mi teraz odejść.
Pozwolił.

Łąki

Tunel skończył się nagle, jak nożem uciął. Kiedy obejrzała się, nie umiała znaleźć miejsca, z którego wyszła. Przed nią rozciągały się zielone łąki. Szlak prowadził wzdłuż kamiennego muru, za którym pasły się krowy z krowimi dziećmi oraz kilka owiec. Ruszyła ochoczo, zręcznie omijając krowie placki. Niepokojąco świeże.
Dobrze, że nie pasą się dziś po tej stronie muru – ucieszyła się Ania.

Krowy mają naprawdę złą prasę w Zjednoczonym Królestwie, uwielbiają zadeptywać spacerowiczów na śmierć.
W samym roku 2008 stratowały sześć osób, w tym jednego listonosza. Władze wydały nawet specjalne ostrzeżenie dla turystów: trzymać się z daleka od krów, bo one łatwo wpadają w panikę i wtedy robią się nie-obli-czalne. Zwłaszcza, kiedy mają małe dzieci. Najczęściej rzucają się całym stadem na osoby im nieznane.

Ania nie miała najmniejszej ochoty na intymne spotkania z nieobliczalnymi, spanikowanymi krowami. Dlatego wzniosła dziękczynną modlitwę do Prezesa za to, że jest chroniona starym lecz wciąż solidnym, wysokim murem.
Za wcześnie!
Nie wiedziała, że mur ma wielką dziurę po bramie.
Skąd mogła to wiedzieć?
Tymczasem krowy szły wzdłuż muru razem z nią, o czym świadczyły ciężkawe sapania i mokre mlaskania po drugiej stronie. Oraz wesolutkie tuptania krowich dzieci. Szły tak sobie z kilometr: Ania i stado krów.
Wtem mur urwał się i  wielki krowi łeb ukazał się znienacka, a Anię wryło w ziemię.
Najczęściej rzucają się całym stadem na osoby im nieznane – przypomniała sobie.

- Maj nejm is Nowakowska – powiedziała szybko, kłaniając się krowiej głowie nisko.
Głowa popatrzyła obojętnie, sapnęła z niesmakiem i krowa przeszła w całości na drugą stronę. A za nią całe stado, w tym osiem cielaczków i dwa rosłe byki.
Przez chwilę gapiły się z niedowierzaniem na intruza, udającego że jest częścią muru. Ania wtuliła się w kamienie, tuż obok Trzech Dziwnych Drzewek.

Przyjęła nawet podobną do nich pozycję – z rękami do góry, żeby wyglądać bardziej płasko. Stała tak, czując, że rzeczywiście wtapia się w tło i staje się elementem otoczenia. Drewnieją jej nogi i ręce a głowa porasta drobnymi listeczkami…
- Uech! – ocknęła się z hipnozy, zanim stała się Czwartym Dziwnym Drzewkiem.
Krowy nadal tam były, ale wlokły się spokojnie, zapewne w poszukiwaniu zieleńszej trawy.
Kilka z nich przystanęło, sikając hałaśliwie.
Ania pocieszyła się, że skoro sikają, to nie są w nastroju do tratowania.
Poza tym – rozmyślała – mając pastwisko z widokiem na masyw Snowdonii muszą być rozwinięte duchowo i wrażliwe. A nie prymitywne i agresywne jak…jacyś emigranci z Polski.

Postanowiła iść, udając, że krów tam nie ma. Często używała w życiu tej techniki: udawać, że tego tu nie ma. Czasem się sprawdzała, a czasem nie.
Z trudem oderwała się od muru, czując, że jej nogi zdążyły zapuścić pierwsze korzenie.
Przeszła bezpiecznie, raz tylko wywijając orła na krowim placku.
Za plecami usłyszała pogardliwe sapnięcie.
Nie obejrzała się.

Stanęła wreszcie przed kolejnym murem, otworzyła drewnianą furtkę i weszła na łąkę z widokiem na morze. Ta łąka przypadła z kolei stadu owiec.

Szczęściary – zauważyła Ania. – Nie dość, że trawa pyszna, to jeszcze widok oszałamiający.
Dziwne były te owce, nietypowo wielkie i masywne. I zamiast - swoim zwyczajem - uciekać, lazły w jej stronę!
Szczególnie jedna… o, nie – raczej jeden.
Bardzo ujajony baran o twarzy bulteriera i spojrzeniu seryjnego mordercy.
Podszedł bardzo blisko. Ania zatrzymała się, baran też. Stali tak obok siebie, aż wyciągnęła do niego rękę, podając mu kwiat na znak pokoju.
- Pokój – powiedziała.
Nie odpowiedział. Jego źrenice były poziomymi kreskami w wypukłych szarych oczach, z których nie można było odczytać żadnych przyjaznych uczuć.
- Masz pastwisko z widokiem na morze, czego jeszcze chcesz od życia? – zapytała go, żeby zmienić temat.
Westchnął i zaczął sikać.
Koniec rozmowy.
Ania odeszła, baran został.

Niecka

Ścieżka wiodła dalej wzdłuż muru, ale Ania miała dosyć murów. Postanowiła pójść na przełaj, przez puste łąki, tworzące wielką nieckę. Wydawało jej się, że tędy szybciej dostanie się do celu wędrówki.
Zrobiła kilka podejść do wzniesienia, za którym coraz wyraźniej słychać było znany jej już buczący dźwięk. Tu był znacznie głośniejszy niż na plaży i jeszcze bardziej ponury. Jednostajny niski pomruk.
Za każdym razem trafiała na zasieki i tabliczki: keep apart.

Postanowiła ponowić próbę dołem, z plaży po drugiej stronie klifu. Miała do przejścia głęboką, rozległą dolinę, należało się pośpieszyć.
Idąc, zamyśliła się głęboko. Otoczenie nie było ciekawe, tylko trawa i trawa, więc mogła sobie pozwolić na chwilową nieuwagę. Ania często pisze w głowie i jest wtedy zupełnie nieobecna. Pisze, wykonując różne codzienne rutynowe czynności, a później tylko przepisuje do komputera, klik, klik, klik.
Także w tamtej chwili pisała jakiś felieton dla Ewy.

Wreszcie postawiła kropkę i rozejrzała się.
Stała po środku niczego, kompletnie straciła orientację.
Nie widziała ani morza, ani gór. W ogóle niczego nie widziała, bo stała w jakimś dole. Jak okiem sięgnąć – ocean trawy i żadnych śladów życia. Zatęskniła gwałtownie do krów i baranów, do krowich placków i baranich bobków. Nawet do męża, śniącego słodkie sny w samochodowym bagażniku.
Iść – pomyślała rozsądnie, nie poddając się panice. – Muszę iść, w końcu gdzieś dojdę.

Kiedy po kilkunastu minutach marszu znalazła opakowanie po chipsach, omal nie rozpłakała się z radości. Ślad człowieka!
Tuż za chipsami odnalazła wydeptaną ścieżkę, nieważne, że były na niej tylko ślady racic.
Racice należą do czegoś żywego – wysnuła przypuszczenie.
Była w błędzie, ale nic o tym jeszcze nie wiedziała.

Ślady racic wiodły w stronę buczenia, czyli we właściwą stronę. Ania pomyślała, że może prześliźnie się jakoś ścieżką zwierząt i dowie się wreszcie CO ukryto tak starannie.
Nie spodobało jej się następne znalezisko: strzęp żółtej kurtki z resztką suwaka i jednym guzikiem. E, tam – odpędziła myśl o losach właściciela strzępu.
Próbowała wyobrazić sobie, co znajdzie, kiedy już przedrze się w tajemne miejsce. Sekretne laboratorium produkujące broń biologiczną? Tajną bazę wojskową? Więzienie, którego nie ma w spisie więzień? Miejsce lądowania kosmitów? Eksperymenty genetyczne, mutanty, potwory, nieznane gatunki?
Tak się zamyśliła, że omal nie nadziała się na kolczasty drut ukryty w jeżynach, porastających wzniesienie, za którym buczało: buuu, buuuu, buuuuuuuu.
- Nie tędy droga – uznała i zawróciła, kierując się w stronę, gdzie spodziewała się ujrzeć morze.

Poszła wzdłuż drutów, upstrzonych tu i ówdzie zardzewiałymi tabliczkami keep apart.
Zgodnie z tym zaleceniem trzymała się w pewnej odległości od nich.
Zwykła ciekawość zmieniła się w pewność, że skały i druty otaczają jakąś Straszną Tajemnicę. Była zdecydowana ją posiąść za wszelką cenę.
Pewnie dlatego nie powstrzymało jej nawet ostatnie znalezisko: szkielet. W rzeczy samej, nawet bardziej ją zachęciło. Szkielet został dziwnie ułożony, z pewną starannością, jeśli popatrzeć na skrzyżowane kończyny. Wielkość raciczek pasowała do śladów na ścieżce.
No, no! Ciekawa okoliczność - Ania zawsze lubiła ciekawe okoliczności.

Ruszyła dalej, w kierunku urwiska, zdecydowana znaleźć drogę, jeśli nie lądem, to wpław.
Zatrzymała się jeszcze, żeby wysłać esemesa do męża, który spał i nie wiedział, dokąd poszła.
Esemes był dość długi i zawierał wskazówki: idź moim śladem, miniesz tunel, nie daj się namówić Czarnemu Bzowi na osiedlenie w ruinach, miniesz krowy, przedstaw się nazwiskiem, uważaj na płaskie Trzy Dziwne Drzewka, nie stawaj przy nich, bo cię wessie mur, z baranem spoko ziom, dalej do paczki po chipsach, miniesz żółte strzępy z suwakiem i guzikiem, idź do szkieletu i dalej na skałki, za buczeniem, ciekawa jestem co pożarło tę owieczkę, idę dalej.
Do tej wiadomości załączyła kilka fotografii.
Na trzech jest nawet ona sama. Użyła samowyzwalacza czy… ktoś jej towarzyszył? Kto?
To pozostaje tajemnicą.

Od tamtej pory ślad po niej zaginął, przepadła gdzieś na obszarze, który można obejrzeć wyłącznie z satelity..
Ktokolwiek wie…


Wyświetl większą mapę

Bookmark and Share

Autor: admin

12 września 2009 o 15:19.

Opowiadanie

komentarze (5)

Emigracja - Księga Przyjścia

Przeszłam bardzo długą drogę.

Na początku szło nas więcej, ale droga była trudna.
Wyczerpujące szlaki i nieprzyjazne krajobrazy, susza, a gdzie indziej powodzie, drapieżniki - głodne i niecierpliwe.

Raz po raz ogarniało mnie zwątpienie.
Po tysiąckroć przeklinałam los, który każe nam wędrować tak daleko, nie dając w zamian żadnej pewności jutra.
Tylko nadzieję.
Nadzieja musi wystarczyć.

Wiele razy myślałam, że nie podołam. Kiedy jedna z moich sióstr zwolniła swój marsz, zatrzymałam się, żeby dodać jej otuchy. Ale było już za późno na taką pomoc. A nieść jej nie miałam siły. Ledwie wlokłam za sobą nogi. Musiałam ją tam zostawić, w tym obcym świecie.
Po tej pierwszej siostrze inne też zaczęły zostawać.
Na zawsze.

Powoli docierało do mnie, że to może być daremny wysiłek. Daremna droga donikąd.
Upadałam na duchu, lecz uparcie szłam.
Noga za nogą, do przodu.

Tak, przeszłam długą drogę.
I jeszcze kilka z nas, zbyt mało, żeby nazwać nas grupą.
 
Wyszłam na światło z ciemności.
Wyszłam na otwartą przestrzeń z ciasnoty dusznych korytarzy.
Stanęłam w zachwycie, jeszcze nie wierząc szczęściu.

Choć moje nogi nie chciały nieść mnie dalej, zawróciłam jeszcze, żeby dać nadzieję tym, co wlokąc się z tyłu nie dostrzegają, że już są u celu. Poniosłam radosną wieść i na własne oczy widziałam, jak siły wstępują w ledwie żywe ciała.
- Jesteśmy – zawołałam najgłośniej jak potrafię. – Jesteśmy u kresu drogi, w domu!

Nie pamiętałam skąd wyszłam i skąd wiedziałam dokąd iść, ale miałam pewność, że do tego właśnie miejsca zdążałam.

Kiedy ochłonęłam trochę, a pot wysechł na moim obolałym ciele, przyszedł czas znaleźć bezpieczne schronienie.
To nie muszą być luksusy, my nie żyjemy ponad stan, ale musimy czuć się bezpiecznie.

Lecz najpierw musiałam zdobyć coś do jedzenia i to nie tylko dla siebie.
Cóż, los uczynił mnie najsilniejszą, to zobowiązuje.

Przemierzałam właśnie zupełnie płaską, białą równinę, kierując się w stronę ciemnych gór. Ich sylwetki rysowały się w oddali na tle jasnego światła. Lekki wiaterek niósł stamtąd słodki, upajający zapach.
Zapach jedzenia.

Nie jadłam od tak dawna, że zakręciło mi się w głowie.
Postanowiłam, że zjem pierwsza, żeby mieć siłę nakarmić resztę.

To stało się nagle.
Nie było żadnych ostrzeżeń.
Żadnych pomruków nadchodzącego nieszczęścia.
Moje serce też milczało – zawiodła mnie intuicja, która tyle razy ratowała mi życie w drodze.

Coś śmignęło z okropnym podmuchem, porwał mnie straszliwy wir i cisnął mną o białą, twardą powierzchnię. Aż zaparło mi dech z bólu i ze strachu.
Tuż obok mnie ziała straszliwa czeluść bez dna.
A moje nogi – kiedy już udało mi się na nich stanąć – drżały i odmawiały mi posłuszeństwa.
- Uciekać – chciałam krzyknąć, ale zabrakło mi oddechu i słowa zostały w mojej głowie.
Mojej otępiałej głowie, na którą właśnie zaczął padać ulewny, cuchnący deszcz.
Wielki Boże! – żrący deszcz.

Straciłam orientację i kręciłam się w kółko, a deszcz siekł moje ciało i chyba wypalał we mnie dziury, tak to bolało.
- Więc tak to się skończy – pomyślałam i ogarnęła mnie rozpacz.
A zaraz po niej wściekłość.
- Boga nie ma! – krzyknęłam bezgłośnie. – Nie ma cię, nie ma cię, nie ma cię!

Wtedy jakaś siła – nie wiem jak, nie pytaj mnie jak – wydobyła mnie ze środka trującej kałuży a deszcz przestał padać.
Stałam na trzęsących się nogach, otępiała z bólu i oszołomiona tym, że nadal żyję.
Wciąż żyłam, choć nie umiałam pojąć tego cudu.
Bo to przecież cud, to cud.
Cud.

Zobaczyłam nad sobą To.
Było jasne i miało różne Te.
Wydawało mi się, że To Coś mnie widzi, ale nie umiem wyjaśnić tego wrażenia.
Jak i tego, że zaczęłam do Tego mówić.
Opowiadać.
O drodze, o nadziejach i o umieraniu ze zmęczenia. O nas – że nas tak mało, a na początku było nas tak wiele. O głodzie i o słodkim wietrze zapowiadającym wielką ucztę.

Opowiedziałam wszystko, mając poczucie, że jestem słuchana.

A później zostałam sama i odnalazłam drogę powrotną do słodkich gór.
Najadłam się i za chwilę nakarmię resztę z nas.
Później znajdziemy jakiś przytulny, bezpieczny zakątek.

Niedługo będzie nas znowu wiele.
Jeśli los będzie łaskawy.

Opowieść mrówki zanotowałam dla Was, Ludzie.
Starałam się niczego nie uronić. Byłam jej to winna, bo omal jej nie zabiłam myjąc kuchenny blat sprayem ze żrącym komponentem.
Pewnie domyślacie się, że To, co miało różne Te, to moja gęba gapiąca się na to nieszczęsne stworzonko.

I też dobrze, Ludzie.

Bookmark and Share

Autor: admin

25 kwietnia 2009 o 12:10.

Kategorie: Opowiadania.