Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

marzec 2009 - archiwa

Felieton

komentarze (4)

Zespół odstawienny, czyli kac

Właściwie mogłabym już dalej nie pisać. Wszystko jasne.
Kac to kac.
Pojawia się wtedy, kiedy brakuje niezbędnego czynnika (substancji, zachowania), dającego poczucie komfortu.

W tym przypadku rzecz dotyczy pisania powieści.
Uparłam się odpocząć w Dziunię i słowa dotrzymam.
Dyscyplina obejmuje także umiejętność zatrzymania się w umówionym miejscu, na umówioną przerwę technologiczną.
Czyszczenie dysku, czyli wietrzenie mózgu.

Ale – ludzie kochani ratunku – pisanie online u-za-leż-nia.
Kto jak kto, ale ja powinnam to przewidzieć.
A nie.
Teraz mam za swoje: łażę ponura, śni mi się, że piszę polemikę z portalem Fronda.pl – już gorszego koszmaru nie można wyśnić.
Fronda, też mi coś.
To są narodowcy, czyli ludzie osadzeni w głębokim umysłowym średniowieczu, albo i gorzej.
Po co miałabym z nimi polemizować? Nawet we śnie?
Ani chybi wali mi na dekiel, skoro mam takie sny.

A na jawie jeszcze gorzej: nie mogę skupić się na żadnej umysłowej aktywności. Wyjątkiem jest oglądanie serialu Terminator, który – jak wiadomo – jest niesłychanie pobudzający intelektualnie. Prawie jak 24 godziny z Jackiem Bauerem, tylko inaczej.
Zatem: jestem zajęta inaczej.
W ramach czyszczenia twardego dysku mózgowego obserwuję ptaki jedzące chlebek razowy z ziarnem słonecznika. Patrzę, jak fajnie kłapią dziobami: kłap, kłap.
Żółtymi dziobami.
I to już cała aktywność mojego płata czołowego.
Zastanawiam się, czy on mi jest w ogóle do czegoś potrzebny?
Może komuś go wydzierżawię, oddam w leasing.
Ten płat.

Za to w rejonie mojego hipokampa kłębią się emocje związane z Trybunałem Pracy.
Emocje przykre, żeby było jasne. Lęk, wstyd, upokorzenie - łatwo zgadnąć, jak one smakują.
Fuj.
Tak smakują.

I gniew, tak Dorota, masz rację.
Mój gniew – do pewnego czasu stłumiony przez obawy i oczywiste zagubienie – teraz liże moją wątrobę jak wściekły pies.

Ale mam coś, czego do wczoraj nie miałam: mam wsparcie.
Od Doroty właśnie.
Uważam to za jeden z tych cudów, które przytrafiają mi się, kiedy lecę w dół na zbity pysk.
Że ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto… wiecie pewnie jak to działa.
Dziś wiem więcej niż wczoraj, przybyło mi pewności, że dobrze robię walcząc.

Jutro sobota, nikt nie będzie mnie straszył stukaniem do drzwi i telefonami.
Jutro usiądę i napiszę o pracy w systemie: pracuj albo zdychaj.
Pracowałam w tym systemie od września 2007 aż do kwietnia 2008, kiedy wypadek przerwał tę ponurą groteskę.
Chciałam odejść i zapomnieć, ale nie wolno mi tego zrobić.
Tam wciąż pracują dziewczyny i kobiety, które same o siebie nie zadbają. Bo boją się stracić pracę, nie znają języka, nie znają swoich praw.
Ja już niczego się nie boję, chociaż nadal nie mogę przejść spokojnie obok mojego byłego miejsca pracy.
Robi mi się słabo i dostaję ataku paniki, więc omijam to zapowietrzone miejsce szerokim kołem.

Ale we mnie to nadal jest.
Nie mogę ominąć tego miejsca w sobie, które przypomina mi, jak łatwo jest się stać odczłowieczonym tanim mięsem roboczym.
Jak trudno przestać nim być.
Zawsze to wiedziałam, ale z jakiegoś powodu musiałam doświadczyć. Może należało mi się, może takie doświadczenie do czegoś jest mi potrzebne.
Próbuję przypomnieć sobie, jakim byłam kiedyś człowiekiem.
I nie mogę.
Sobie przypomnieć.
Jutro więc napiszę o tym, jak być niewolnikiem i dać się traktować jak szmatę.

Odwrotność poradników pod hasłem: jak się nie dać.

Ja się dałam.
Więc jestem specjalistką od dawania.

Dużo serdeczności dla tych którzy się dają i tych którzy się nie dają.

Ania na ciężkim kacu Dziuniopochodnym

Bookmark and Share

Autor: admin

27 marca 2009 o 14:18.

Kategorie: Felietony.

Felieton

komentarze (5)

Dzień bez Dziuni i też dobrze

A zatem udało mi się zakończyć szczęśliwie, jeśli wolno mi użyć tego słowa. Zważywszy na okoliczności, w jakich zostawiam ją, jadącą do domu (tylko podnoś tyłek na wybojach).
Tak czy inaczej od trzech miesięcy siadałam każdego dnia potulnie, żeby napisać kolejny rozdział.
Jak widzieliście przestojów miałam niewiele i wyłącznie z ważnych powodów.

Dlaczego to podkreślam?
Dlaczego się tu puszę jak paw lub pawian?
Ponieważ tak się składa, że regularna i zdyscyplinowana praca była mi obca, w kontekście pisania.
Owszem, pisałam.
Kiedy mi się chciało.
Zazwyczaj mi się jednak nie chciało. Kiedy jeszcze miewałam terminy narzucone przez kogoś, jakoś dawałam radę. W ostatniej możliwej chwili rzucałam się do pracy i – ciach, trach – napisane. Ale zawsze musiałam mieć bat nad głową, takie mam wredne oprogramowanie, ludzie.

Ale w przypadku Curriculum Curiosum było zupełnie inaczej.
Kiedyś zdradzę Wam i to, skąd wziął się sam pomysł i czym była ta powieść na samym początku.
Samym początkiem nazywam ten dzień, w którym usiadłam i napisałam zdanie: Dziunia urodziła się trochę za wcześnie.
Powiem Wam tylko tyle, że nawet nie musnęłam myślą takiej idei, że to będzie powieść. Na dodatek pisana online.
Paradne.
Kiedyś, kiedy będę już mogła, opowiem Wam o tym.

Chcę powiedzieć, że przez te trzy miesiące poznałam sens i profity z dyscypliny pisarskiej.
To, że dostawałam informację zwrotną „czytamy, dawaj następny odcinek” było tak nieprawdopodobnie stymulujące, że nie pozwalałam sobie na żadne z ulubionych wykrętów. Żadne „dziś nie jestem w formie”, albo „a może by tak zamiast…”.
To mnie zmieniło.
Pisanie dla Was zmieniło moje nastawienie do pisania.
Zawdzięczam to wszystkim czytającym, ale szczególnie: Izie, Viktorii, Amabilis, Pikfe, Nun (dawaj ten odcinek, bo musze iść spać!), Dorocie, Renatce i Andrzejowi. Ama,  Pikfe i Andrzej prowadzą własne blogi, na których lubię bywać. Każdy jest inny, każdy ma własny klimat, bardzo osobisty.
Tu są linki: Ama , Pikfe Andrzej , Viktoria

Jeśli kogoś pominęłam, albo jeszcze ktoś prowadzi blog, to proszę mi powiedzieć.

Ostatnio zaciekawiło mnie zaglądanie w blogosferę i przyglądanie się różnym rodzajom pisania, różnym klimatom i bardzo złożonym (czasem przedziwnym) wymianom emocjonalnym.
Ludzie zawsze mnie ciekawili, przecież każdy nosi w sobie mały wszechświat. Czasem czytając czyjeś notki blogowe można zostać dopuszczonym do bardzo osobistego wymiaru, bardzo delikatnej ludzkiej materii, fascynująco różnej od własnej.
Chciałabym mieć tyle czasu i tyle emocjonalnych możliwości, żeby częściej towarzyszyć innym w ich wędrówkach pisarskich. I wspierać, podtrzymywać wątpiących, dodawać ducha popadającym w smutek.
Takie tam, normalne ludzkie odruchy.
Wciąż je mam, Prezesowi dzięki.

Teraz chcę podzielić się z Wami swoimi zamierzeniami.
Te dziewięćdziesiąt rozdziałów, które można tu przeczytać, to – używając mojej ulubionej metafory – dom w stanie surowym.
Ma fundamenty, ściany i dach. Ma podłogi i szyby w oknach. Gdzieniegdzie stoją nawet pojedyncze meble, żeby można było przysiąść. Ale do pełnego obrazu, do stanu „pod klucz”, mojemu domowi jeszcze trochę brakuje.
Już nie w trybie online, ale pracując z tekstem zebranym w jednym pliku, będę teraz wypełniać przestrzeń, żeby stworzyć formę książkową.
Niektóre postacie wymagają pogłębienia, niektóre wątki muszę trochę rozbudować i „spleść” w całość. Ale to już sama przyjemność, bo ogólnie jestem zadowolona tak z treści jak z formy.
W międzyczasie będę pisywać różne rzeczy, ale raczej felietonowo. Jak wspomniałam, mam na głowie (dobrowolnie) sprawę w Trybunale Pracy. Na dodatek w obcym języku.

O tym też napiszę, bo przy okazji rozwieję kilka mitów na temat równości i praw człowieka w tej części świata, gdzie utkwiłam.
A na dzisiaj tyle, bo wciąż napawam się jak paw, że pokonałam inercję i lenistwo. Że mimo bardzo niesprzyjających okoliczności skończyłam to, co zaczęłam i chce mi się dalej pracować.
Dla mnie to dar z niebios, gdziekolwiek one są.

Do miłego, ludzie
Uśmiech i ukłon

Ania

Bookmark and Share

Autor: admin

25 marca 2009 o 22:00.

Kategorie: Felietony.