Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

czerwiec 2009 - archiwa

Opowieści moich Gości

komentarze (7)

Opowieści moich Gości – Bazyliada zakłada sukienkę

Jak zapowiadałam kilka dni temu, raz na jakiś czas będę udostępniać przestrzeń blogową moim przyjaciołom, którzy mają coś do powiedzenia/opowiedzenia/zakomunikowania/zauroczenia czytających czymś własnym.
Nie dajcie się prosić, Ludziska.
Pisanie jest łatwe.
Trzeba tylko usiąść i wyobrazić sobie, że chcemy coś powiedzieć gronu życzliwych przyjaciół. Koniecznie: życzliwych przyjaciół.
Jeśli będziecie w czasie pisania myśleć o krytykach (czyli o większości populacji na świecie), to dostaniecie dupościsku i napiszecie wypracowanie a nie gawędę, opowieść czy poezję.
Mamy setki możliwych środków wyrazu, ale jedno zalecenie jest uniwersalne i to ono kreuje artystę pióra i odróżnia go od reszty: artysta się nie boi, że się ośmieszy, ponieważ potrafi śmiać się z siebie.

Dziś przedstawiam Wam Bazyliadę.
Napisała dla Was taką oto humoreskę z morałem:

Zdarzyło się pewnego razu, że dostałam zaproszenie na komunię.
Wiadomo, będzie masa ludzi - tych znanych i mniej znanych. Będą się gapić.
Trzeba jakoś wyglądać!
Na długo przed wyjazdem przeglądałam tysiąc razy moją szafę i zawartą w niej garderobę, aby wybrać coś nowego. Nowe powinno wyróżniać się całkowitym nieopatrzeniem, wiecie  jakie to ważne dla kobiety, żeby nikt jej wcześniej w tym stroju nie widział!
Pod lupę wzięłam dwie nieopatrzone sukienki.
W dniu przymierzania zdjęłam je z wieszaka i poszłam do łazienki, ponieważ tylko tam mam: dobre światło i lustra, żeby się dokładnie obejrzeć.

Sukienka pierwsza miała długi suwak z tyłu i właściwie przydałaby się jakaś pomocna ręka do zasuwania, ale jestem dzielna, czytaj: mam długie ręce, i dałam sobie radę. Obejrzałam się ze wszystkich stron żałując, że nie widzę całości z butami. Cóż, nieźle, całkiem ładnie.
Ale była jeszcze jedna sukienka, szczerze mówiąc ładniejsza.
Zaczęłam ją zakładać z błogim uśmiechem, ale…
Ta sukienka ma z tyłu  sznurowanie przypominające gorset. Sznurówka jest śliska i długa, wiązana na kokardkę na końcu.
Uznałam, że najlepiej będzie założyć ją przez głowę. Uśmiech zniknął mi natychmiast po utknięciu w połowie drogi. Ups!

Lekko zdenerwowana ściągnęłam ją z siebie i uznałam, że ją zajdę z mańki i włożę metodą oddolną, czyli przez nogi. Uważając się za niezwykle sprytną rozwiązałam sznurówkę i zaczęłam operację nogi-biodra-reszta świata. Utknęło na stacji biodra. Ups!

Zaklęłam szpetnie i nerwowo zaczęłam oglądać tył sukienki. Wtedy właśnie odkryłam suwak pod wiązaniami, a kuku!
Rozsunęłam go z satysfakcją i przystąpiłam do ponownej próby. Przeszło gładko a ja – jakże szczęśliwa - sięgnęłam do tyłu po sznurówki.
I…w tym momencie przestałam być szczęśliwa a nawet zadowolona, bo sznurówki wylazły po chamsku ze wszystkich pętelek. Wyobraźcie sobie wciśnięcie ich na swoje miejsca z rękami do tyłu i na ślepo!

 Zdjęłam sukienkę, zasznurowałam gorsecik i sprytnie zrobiłam supełek na samym końcu, żeby wolne końce były jak najdłuższe.
Podjęłam następną próbę i utknęłam, ponieważ okazało się, że od dołu można sukienkę założyć, owszem, ale… tylko rozsznurowaną.

Dotarło do mnie, że potrzebuję wykwalifikowanej asysty w tym przedsięwzięciu, a ja przecież postanowiłam być twarda i samodzielna.
W nędznym humorze, jeszcze raz założyłam suknię przez głowę. Kiedy wreszcie wszystko wydawało się być na miejscu, przystąpiłam do sznurowania. Właściwie jest to całkiem proste – ucieszyłam się – wystarczy umiejętnie pociągnąć za końcówki sznurówek.
Pociągnęłam, poczułam, że wszystko znalazło się na miejscu i zaczęłam oglądać swoje szczęście w lustrach.
A tam, z tyłu…

Otóż sukienka ma zakładkę, czyli kawałek materiału maskujący gołe plecy za miejscem sznurowania. Coś jak język w bucie, tylko z lewej na prawą.
I tu niestety moja samodzielność padła plackiem i leży do dzisiaj. Nijak nie mogłam wykręcić rąk aby ten kawałek materiału ułożyć, nie pomogły ani gromy, ani pierony, ani nic innego.
Dlatego ta ładniejsza sukienka wylądowała w szafie i nie pojechała ze mną na komunię. Bo ja życzę sobie być samodzielna, kiedy zakładam piękną suknię.
Doszedł mi tym samym nowy punkt w spisie, czym kierować się podczas zakupu sukienki: ma dać się założyć bez fachowej pomocy.

Autorka: Bazyliada


Komentarz:

Hej, zgadzam się z morałem!
Pomyślcie, co to za przyjemność, prosić męża (albo sąsiada) o zapinanie szałowej kiecki na plecach.
A gdzie efekt: TaDa!!!! Popatrz jaka jestem śliczna!!!, no gdzie?
Ten moment, kiedy wychodzimy ubrane i promiennie piękne? Gdzie to osłupienie faceta w zachwycie, gdzie pożądliwie rozdziawione, sapiące męskie usta?
Jeśli przed chwilą ktoś widział nas w tak…no… saute?
To po co w ogóle się ubierać?

Bazyliado, urzekłaś mnie opisem swoich zmagań. Widzę Cię miotającą się w łazience, kręcącą dookoła, żeby zobaczyć, co do cholery jest grane. Wprost słyszę Twoje mamrotanie pod nosem i nawet domyślam się, co tam mamroczesz.
Serdeczności i dziękuję

Ania

Bookmark and Share

Autor: admin

29 czerwca 2009 o 9:39.

Felieton, Fotoreportaż z podróży

komentarze (9)

Świt tupiącego królika, czyli co robiłam pod latarnią

I nie tylko pod latarnią.
Robiłam.
Różne rzeczy.

Zapraszam do północnej Walii na wschód i zachód słońca w dniu Świętego Jana.
Już tam ze mną byliście, Ludzie. W drugi dzień Bożego Narodzenia, w mroźny i słoneczny poranek renifera. Czyli psa ubranego w reniferze różki. I pań w czapkach Świętego Mikołaja, pamiętacie?

Teraz wyspa-nie wyspa Llanddwyn wygląda inaczej. Ona kwitnie, pachnie, śpiewa i gada głosami tysięcy stworzeń.
Które latają, furczą, biegają, skaczą i co tam jeszcze stworzenia robią, kiedy świeci słońce, a noc trwa tyle, co mgnienie oka.
Zaś takie stworzenia jak my wsiadają w samochód wieczorem, aby na długo przed świtem zająć miejsca w Teatrze Prezesa Wszechwszystkiego. 
Żeby chłonąć świat i to, co na nim.
Przez kilka godzin mamy ten świat tylko dla siebie i nikt nie zakłóca spokoju: cała reszta ludzi śpi i bardzo dobrze.
Niech śpią.

Jest druga trzydzieści, czyli nie ma pośpiechu. Wschód słońca jeszcze daleko. Do wyspy-nie wyspy idzie się plażą lub przez las. Jest noc, więc plażą bezpieczniej.
Chwytam mój lekki, ale opasły plecak ze śpiworem i jakimiś ancugami na wypadek deszczu. Ruszam pierwsza, gdy Krzysiek jeszcze grzebie się przy samochodzie ze swoimi statywami i tym całym fotograferskim majdanem.
Ja jestem bardzo odważna, wręcz słynę z tej odwagi i ciemności się nie boję. Zresztą tu nikogusieńko nie ma.
Zwlekam się na plażę i natychmiast wydaję z siebie przeraźliwy skowyt na widok strasznego dziada. Dziad sterczy tuż przy wydmie, ma wielki łeb i wcale się nie rusza. Czyha najwyraźniej na takich jak ja.
Na szczęście Krzysiek jest już w połowie zejścia, rzuca się więc na pomoc, ciskając w wydmę (czy może być większy dowód miłości?) swój plecak z aparatem.
- O Boże, Misiu – jęczy mężnie. – Co? Gdzie?
- Ktoś tu stoi – wykrztuszam z siebie – łoooo, tuuu…
Krzysiek ma na czole latarkę, więc ją włącza, oświetlając stojącą na słupku instalację pogotowia wodnego: koło ratunkowe w jadowicie pomarańczowej osłonie.

Bujamy się plażą dysząc ciężko, bo piasek mokry i zapadamy się po kostki.
Jest odpływ, morze poszło w czort na pięćset metrów. Niebo jest usiane gwiazdami, chmurek niewiele i wysoko. Niepotrzebnie targam te łachy, zapowiada się piękny dzień.
Przystajemy odpocząć i – kiedy przestajemy sapać - słyszę, jak rzęsisty deszcz z szumem pada na piasek. Tyle, że nie pada żaden deszcz. Macam się po głowie – jestem sucha. Wyciągam rękę – nic nie pada, a pada. Bo słyszę deszcz.
- Poświeć no – proszę grzecznie – na ten piasek, do cholery.
- Błeee – otrząsa się Krzysiek. – Uciekajmy stąd!
Ludzie, co ja widzę w tym świetle: miliony insektów dziwnej maści, jakieś piaskowe tałatajstwo wielkości muchy. Podskakują, biegają, drążą tysiące piaskowych tunelików. I te ich tańce dają taki efekt akustyczny na piasku, jakby była ulewa.
Chcę się z nimi chwilę zakolegować i sprawdzić, co to za stworzenia, ale mój fotograf nagle odzyskał władzę w nogach i – nie bójmy się tego słowa – spieprza ile sił. Mężczyźni!

O trzeciej piętnaście wchodzimy na wyspę, która akurat jest półwyspem, no bo odpływ.
Na wschodzie widać już seledynową poświatę, zapowiedź świtu.
Niebo powoli szarzeje, a wysokie chmury wyglądają jak rozlany atrament.
Panuje taka cisza, jakby Prezes właśnie stworzył ten świat i jeszcze go nie ożywił.

Krzysiek szuka najlepszych ujęć, żeby się ustawić z gratami. Ja natomiast szukam miejsca leżącego w loży, czyli widoku na wschodzące słońce z wygodami. Znajduję je pod latarnią, włażę w śpiwór, plecak pod głowę. Jestem gotowa na nadchodzące wydarzenia.
Próbuję wywołać u siebie rozbieżnego zeza, bo jest problem: chcę patrzeć na wschodzące słońce, ale też na to, co ono będzie oświetlać – na góry Snowdonii. W tej chwili wyglądają jak wycinanka. Światełka wiosek i miasteczek na zboczach przypominają błyskotki rozrzucone na czarnym aksamicie.
Ciężko wywołać tego zeza, więc kręcę głową z prawa na lewo i nazad, żeby nie uronić żadnego drgnienia światła, żadnego obrazu. To niesprawiedliwe, że nie mam oczu po obu stronach głowy. Na przykład zamiast uszu. Uszy mogłyby być gdzie indziej…

Na co patrzeć?
Musze dokonać wyboru, a nie cierpię tego robić.
Wybierając jedno, tracę wszystko inne. Nie znoszę wybierać, nigdy nie lubiłam.

Gdy tak użalam się nad sobą, gapiąc się raz na wschód, raz na zachód, nagle słyszę złowrogi tętent i krew mi zastyga. Przez moje ramię i twarz z prędkością nadświetlną przebiega królik i znika w norce tuż za moim plecakiem. Nie zdążam nawet mrugnąć, nie wspominając o wrzaskach, a zresztą zatyka mnie na amen. Przez chwilę umieram na atak serca, a później przez dłuższy czas trzęsą mi się ręce. Naoglądałam się ostatnio Harper’s Island, Ludzie.

Kiedy wstaje świt, mam wrażenie, że jestem we wnętrzu obrazu. Wessał mnie malarski szkic w delikatnych fioletach, szarościach i bladych różach. Zapiera mi dech z zachwytu.
Szare strzępki chmur nad moją głową z minuty na minutę oblekają się w łososiowy róż. Woda odbija ten obraz i nadaje górom odcień fioletu, a mgiełka otulająca daleki drugi brzeg staje się kremowa i delikatna.
Jestem we wnętrzu obrazu i chłonę piękno jak lekarstwo, jak eliksir życia.

Słońce podnosi się wyżej, lecz zanim jeszcze tarcza pojawi się na horyzoncie, chmury na wschodzie rozpalają się głębokim różem a po chwili czerwienią, jak żar. Płoną chmury i wstaje dzień.
Wtedy nad horyzontem zapalają się pierwsze promienie i pojawia się trzeci wymiar świata. Oto Snowdonia nie jest już aksamitną wycinanką, jest masywem, potężnym i dostojnym. Gasną światełka, pojawiają się przełęcze. Na moich oczach z obrazu powstaje rzeźba, rodzą się nowe kolory i głębia.
Wstaje dzień Świętego Jana, nad Krzyśka głową krąży mewa i krzyczy: hej, hej, hej, po czym wybucha urągliwym chichotem.

W dzień Świętego Jana zawsze wchodzę do wody, na dobry początek. W którymś wcieleniu musiałam być foką, albo inną wodną dziunią. Na widok wody tracę rozsądek i muszę, po prostu muszę do niej wejść. Cóż, morze Irlandzkie ma o tej porze temperaturę… hmm…niską.
Te maleńkie niby-to-własne plaże ukryte wśród skał, te drobne kamyki na dnie, wiry wokół maleńkich skalistych wysepek jak lodowate jacuzzi…oj, Ludziska, mówię Wam i powiadam.

Teraz spacer po wyspie, która jest jedną wielką kwitnącą łąką na skałach, pełną pszczół i motyli.
Pachnie słodka różowa koniczyna i dzika róża, zioła i kwiaty są w takiej mnogości, że zawrót głowy: fioletowe, różowe, żółte, białe, liliowe połacie – baśniowa łąka z marzeń dziewczynki.
Nad głową ptaki - młode - uczą się latać i świergolą. Spotykam gołębia – stoi na skale, nie ucieka, patrzy na mnie z takim spokojem, jakby miał dla mnie wiadomość. Staję koło niego i patrzymy na wyspę ptaków – skalną formację dwieście metrów od brzegu, gdzie gniazdują mewy, maskonury i czaple.
To dziwne, ale kiedy wracamy na wyspę, żeby obejrzeć zachód słońca, gołąb wciąż tam jest.

Udaje mi się dojrzeć z bliska maskonura – dziwadło z wielkim pomarańczowym dziobem, niesłusznie zwane (przeze mnie) masturbantem. Wiecie, nigdy nie mogłam zapamiętać właściwej nazwy, nawet teraz musiałam sprawdzić w guglu.

Kawał dnia spędziliśmy łażąc po lesie, a trzeba wiedzieć, że prawdziwy las w Jukej to rzadkość. Niestety, nie znalazłam poziomek, zresztą nic jadalnego, bo jeżyny dopiero kwitną.
Za to sosny oplecione bluszczem, ogromne naparstnice, kwitnące na żółto kolczaste krzaczory, całe polany dzikich orchidei, jakieś przepiękne hiacyntopodobne kwiecie, paprociowe dżungle – szczerze mówiąc, mogłabym tam zostać. Na zawsze.

zdjęcia: Krzysztof Nowakowski

Bookmark and Share

Autor: admin

26 czerwca 2009 o 23:18.