luty 2010 - archiwa
Felieton
Inteligencja- jak ją leczyć
Czy można żyć długo, szczęśliwie i nie umrzeć ze śmiechu podszytego zgrozą?
W sytuacji, kiedy nosi się wadliwy układ pod własnym deklem?
Znalazłam patent!
Oto on:
W jednym z ostatnich epizodów doktor House i jego zespół odkrywają, że ich nowy pacjent od lat chleje syrop przeciwkaszlowy. Nałogowo.
Dzięki temu specyfikowi człek ów wiedzie – w telegraficznym skrócie streszczając – szczęśliwe, pełne miłości, proste i spokojne życie.
Pozbawiony dostępu do syropku, zaczyna kwestionować wszystko, na czym oparte jest to szczęśliwe bytowanie. Już to mu się żonka przestaje podobać, już to praca zbyt monotonna, a i świat dookoła nie do przyjęcia wręcz się staje.
Popada w nieszczęśliwość tak wielką, że leczeniem z wyboru staje się udostępnienie mu syropu.
Natychmiast.
Rzeczony syrop przeciwkaszlowy pozwala pacjentowi powrócić na bezpieczne wody i zielone pastwiska… głupoty.
Bo ten syrop tak właśnie działa: wytłumia wrodzoną wadę umysłu, czyli inteligencję.
W poniedziałek pójdę do apteki…
Mutacja genetyczna zwana potocznie inteligencją, to kij o wielu końcach. Niektóre kije takie już są.
Dawno, dawno temu bywała zaburzeniem wręcz pomocnym: dzięki zdolności przewidywania, gromadzenia i przetwarzania informacji ułatwiała przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku, gdzie tygrysy szablozębe czaiły się w krzakach.
Ale – z innej strony – wada ta pomogła dotkniętym nią osobnikom wspiąć się po mentalnej drabinie tak wysoko, że sami siebie mogli oglądać z góry.
Zajrzeli stamtąd w otchłań, zwaną umysłem i znaleźli narzędzia do relatywizacji (narzędzia do zabijania posiedli wcześniej).
Zajrzeli w bajoro pełne strachu i nazwali je nieśmiertelną duszą.
Ubrali tę duszę w falbanki religii i stała się maskotką przeciwlękową forever.
To, co bulgocze pod spodem, zostało uznane za zewnętrzne i określone jako szatan, diabeł czy inna paskuda.
To im się, tym mutantom, naprawdę udało: stworzenie wrażenia, że zło jest na zewnątrz.
Po pewnym czasie sami w to uwierzyli.
Czy znacie lepszy przykład trwałego odwrócenia kota ogonem?
Koncepcja zewnętrznego zła jest pomocna, kiedy trzeba wyrżnąć w pień jakiś naród, spalić wioski, zgwałcić kobiety, usankcjonować współczesne korporacyjne niewolnictwo, wysłać wojsko do Afganistanu, odebrać szansę przeżycia chorym na raka i tak dalej.
Jakieś siły zła wysyłają bombowce na cywilów.
Coś – bo przecież nie człowiek, istota rozumna – sprzedaje broń fanatykom, jakaś diabelska ręka podpala stosy, składa podpisy na cyrografach.
Taki podpis kosztuje ludzkie życia, ale to nie my!
Kiedy jakiś (co uczciwszy) mutant wykrzyknie: piekło jest w nas! – uznaje się go za chorego na depresję.
Wytwory depresyjnych mutantów zostały określone jako egzystencjalizm i nie wolno się do nich zbliżać, bo można się zarazić. Chyba, że ma się odtrutkę w postaci jakiegoś draga albo wódy, albo czegoś do pojarania.
Dziś, w czasach globalnego ocielenia, inteligencja jest mutacją szkodliwą.
Zabójczą nawet.
Może być przyczyną wielu groźnych chorób, z paranoją na czele.
Osobniki dotknięte inteligencją żyją w lęku, że świat rozpadnie się na kawałki, dosłownie i w przenośni.
Martwią się też tym, że każda próba leczenia ocielenia spowoduje wstrząs i nasilenie objawów choroby.
I to może być – niestety – prawda.
Dlatego cała energia ludzkości została skanalizowana i ujarzmiona w służbie najwyższego dobra: utrzymania zbiorowej nieświadomości i powszechnego stanu umysłu zwanego normalnością. Normalność często posługuje się frazą: nic się nie da zmienić, bo tak było, jest i będzie.
I to może być – niestety - prawda.
A ja pójdę poszukać apteki, żeby przestać skupiać się na negatywach i żyć długo, spokojnie i szczęśliwie.
Felieton
Globalne ocielenie
Czy zdarzają Wam się czasem dziwne stany umysłu?
Jakieś halucynacje?
Depersonalizacje?
Odloty nadświetlne?
Jazdy w osobisty głąb i z powrotem bez pasów bezpieczeństwa?
Bo mnie się zdarzają, zwłaszcza po lekturach w Internecie.
Czy świat głupieje, czy ja nie nadążam?
- Och, nic takiego – odpowiadam sobie sama. – Świat jest po prostu beznadziejnie rozwarstwiony.
Każdy gra w inną grę, nic dziwnego, że nie możemy zdefiniować podstawowych pojęć.
Gramy w ciemności, którą z przekory lub z niewiedzy nazywamy oświeceniem.
W co Wy gracie, Ludziska?
Zanim zakrzykniecie: ja w nic nie gram! - dobrze się zastanówcie.
Kto twierdzi, że nie gra w gry, ten sobie pogrywa nie fair.
Ja zostałam zdemaskowana przez Bazyliadę w jej ostatnim komentarzu.
Moja gra w Szymona Słupnika Osłupiałego została rozpracowana.
Szczerość za szczerość:
Tak.
Muszę poradzić sobie ze swoim nieprzystosowaniem bez naruszania porządku społecznego. Zamiast osuwać się w mroczne jamy anarchii, szukam izolowanej, bezpiecznej dziury z widokiem na szeroki, pusty ocean.
Jeśli źle Wam się kojarzy dziura (czyli jak?), niech będzie nora.
Whatever!
Byle z daleka.
Od tego, co boli.
Ostatnio bolą mnie pośladki.
Nie moje, tylko Szczepkowskiej Joanny.
Bo niby jasne być powinno, że kobieta zdekompensowała się na moment, ale teraz już robi się z tego wielki dyskurs o sztuce przekraczania granic w sztuce. Z chwilowego zaburzenia kontroli impulsu, ze zwyczajnego acting out robi się dysputę publiczną o kondycji teatru.
Kiedy naćpany jak perszing rockman wystawia owłosioną dupę na koncercie, nienaćpana mniejszość lub większość potrafi nazwać to wprost: pojebało go do imentu. Nikt nie zaprasza go do analizy kondycji współczesnej muzyki tylko z tego powodu, że mu walnął bezpiecznik.
Zresztą.
Kto by tego słuchał?
A kondycja sztuki?
Współczesnej?
Czy ktoś jeszcze wie, co jest sztuką, a co produktem przemiany materii?
Do stworzenia wielkiego dzieła wystarczy dziś gruszka do lewatywy i stado bezrozumnych oszołomów.
Nawet, jeśli jakaś nierozgarnięta Dziunia miauknie, że coś jej w tym śmierdzi, to w najlepszym wypadku oberwie za to, że słoma jej z butów wyłazi.
W najgorszym - zostanie uznana za zawistnicę.
