styczeń 2010 - archiwa
Fotoreportaż z podróży
Okno na Ocean
Oto fotozapis naszej kornwalijskiej podróży zimowej, co to wiosenną się okazała.
Przy okazji wspomnę tylko, że słowik dziś śpiewał w St Helens.
Szósta rano, koncert jak nie wiem co!
Z wiarygodnego źródła wiem, że dziś rano w Krakowie spadały płatki śniegu wielkości dwuzłotówek. A u mnie słonko grzeje bezczelnie.
Tylko błagam, nie wyciągajcie pochopnych wniosków, że ja krytykuję polską pogodę…
Dobra, koniec ględzenia.
Rzućcie okiem na gry świateł o różnych porach uchwycone, na przestrzenie i bezmiar ścieżek do łażenia po klifach. I – chociaż na zdjęciach noszę kurtkę – naprawdę było plus 15 stopni. Po prostu nie miałam co z tą kurtką zrobić, bo w plecaku pasze treściwe dla wędrowców trzymałam.
Nie było fok, ani delfinów, na to trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy.
Ale nie było też zbyt wielu homo sapiens, jak widać.
Serdeczności, Ludziska.
Voila!
Felieton
Na klifie
Podczas gdy Wy, Ludziska, szczękaliście zębami na mrozie, ja szwendałam się po słonecznych klifach Kornwalii.
Upalnych niemal, bo: nocą plus dziewięć, a w dzień plus piętnaście.
Stopni.
Celsjusza!
Taka jest różnica między wyżem syberyjskim, a wyżem afrykańskim.
Wyjeżdżaliśmy w strugach deszczu i płatach lodowatej mgły w czwartkową noc, ufni w łikednowe przepowiednie (no bo przecież nie prognozy) portali pogodowych.
Przez pierwsze czterysta kilometrów lało, następne sto przejechałam na ślepo, bo mgła zeżarła całą rzeczywistość.
Zawsze podejrzewałam, że brytyjskie portale pogodowe są opłacane przez lobby turystyczne, żeby ludziska ruszyli swoje zwały sprzed telewizora i pojechali wydać ciężko zarobione funty w jakimś ślicznym miejscu. Zazwyczaj odwołują ładną pogodę w ostatniej chwili, kiedy populacja jest już w drodze do zarezerwowanych bed-and-brekfestów.
Tym razem jednak stał się cud i przepowiednie – a jakże – sprawdziły się!
I to jak!

Kiedy wreszcie świat wyłonił się z tumanu, kiedy stanęłam tuż przed wschodem słońca na pustym parkingu w Land’s End, afrykański wyż stał się ciałem i naszym oczom ukazała się…
Spełniona przepowiednia.
Wstawał ciepły, wiosenny, styczniowy poranek.
I przez następne trzy dni:
Słoneczko igrało w falach oceanu, lekki wiaterek mile chłodził zbyt grubo ubrane cielska, mordeczki zaróżowiły się nam od styczniowej opalenizny.
Tego pierwszego poranka Krzysiek dostał napędu odrzutowego i wystrzelił na klify ze sprzętem i obłędem w oczach. Efekty tej i innych obłędnych wypraw przedstawimy Wam w następnej fotogalerii (kiedy będzie gotowa, czyli za jakiś).
Ja zaś odmówiłam targania statywu, bo miałam ochotę posterczeć samotnie o wschodzie na wysokim klifie, z widokiem na skalną wyspę mew.
Czułam potrzebę ciszy i skupienia, żeby wyrazić Prezesowi wdzięczność za te wszystkie pokręcone ścieżki, które doprowadziły mnie w to miejsce.
Miejsce w życiu, Ludziska.
Z dala od zgiełku, Ludziska.
Mogę sobie chodzić po wertepach w koszulce z napisem:
Jestem wszystkim, czego nienawidzisz – i co mi zrobisz?
Kornwalijskie miasteczko-wioseczki są o tej porze zupełnie opustoszałe.
Jeśli ktoś się tam pęta, to tacy jak my, helloł, helloł i idą swoją drogą.
Cisza, urok styczniowego holideja.
Cisza w sercu, urok braku dostępu do sieci.
No, nie całkiem: makdonaldy i przydrożne serwisy mają bezprzewodowy Internet za free. Wchodzisz, kupujesz niezdrową żywność i możesz odebrać pocztę. A nawet siedzieć i czytać, żeby dowiedzieć się: kto i za co pluje na ciebie w sieci.
Jeśli chcesz.
Bo później można stanąć na klifie, popatrzeć kilkadziesiąt metrów w dół, na skały, na fale, na majestat wszelki – wodny pył zmywa wszystkie mętne myśli, wiatr wywiewa żale i smuty.
Jestem wszystkim, czego nienawidzisz.
I co mi zrobisz?
