grudzień 2009 - archiwa
News
Święta Noc
Już, już.
Tuż, tuż.
Szykujcie emocje, będzie przeżywanie.
Stare smętki przysypał śnieg, niech sobie tam śnią swoje mętne mary.
A my, Ludziska, będziemy się cieszyć: zapachem, światłem i brzmieniem.
I będziemy się smucić, tęsknić i wzdychać: znowu nas ubyło.
Nie zapomnimy o wdzięczności za wszystko co było, jest i będzie.
Wybaczymy bliskim i dalekim to, że są tacy, jacy są.
Oni wybaczą nam to samo.
Poczujemy, że nie jesteśmy samotni.
Nawet wtedy, kiedy jesteśmy sami.
Uwierzymy.
Że to wszystko co jest, jest tu i teraz z jakiegoś ważnego powodu.
My też, Ludziska.
Uwierzymy.
Że wszystko jest w porządku.
Dokładnie tak, jak jest i nie inaczej.
Tyle, ile trzeba.
Tam, gdzie być powinno.
Tak, jak dla nas najlepiej.
A ja…
Pamiętam, jak śpiewałam kolędy z Babunią.
Mała, ledwo mnie widać było spod kościelnej ławki.
- Niedochrzczona, ale głos jak anioł - mawiał Dziadziuś.
Gdybym dziś mogła zaśpiewać z tą małą Aniutką (tak mnie nazywano w latach sześćdziesiątych)…
A teraz posłuchajcie i popatrzcie: mały Aled Jones śpiewa z dużym Aledem Jonesem.
Aled Jones - O Holy Night
Kiedy słucham tej pieśni, staję się lepsza.
No i o to chodzi, prawda?
A życzenia…
Cóż, jak zwykle:
Życzę Wam tego, co dla Was dobre.
Ale niekoniecznie tego, czego chcecie, Kochani…

Felieton
Dla Pikfe
Książki, powiadasz…
Kochana Pikfe na swoim blogu zaprosiła mnie do zeznań na temat książek.
Bardzo mi się to podoba, ja też Was zapraszam do tej zabawy. Napiszcie o pięciu książkach, które w jakiś sposób wywarły na Was wpływ.
Dajcie głos, Ludziska.
Przerywam swój urlop, żeby o tym napisać, bo to ważne.
Ja jestem książkożerczynią.
Pazerną.
Jestem książkowym jamochłonem.
Wiecznie głodnym.
Kiedy przeczytałam Sto lat samotności, uznałam, że wszystko już zostało napisane i wpadłam w rozpacz. Że nic dla mnie nie zostało. Nic istotnego.
Ależ byłam głupawa!
Wierzyć się nie chce.
Dziś?
Nie mam kompleksów wobec nikogo, nie padam na twarz przed żadnym mistrzem pióra. Sama też umiem pisać, jeśli mi się tylko zechce.
Czyli rzadko.
Są autorzy (autorki), którzy znają około tysiąca słów i tworzą z nich książki, które na dodatek są wydawane. Czy mają kompleksy?
Dobra, jędzo. Pisz do rzeczy.
Mam wybrać pięć książek spośród tych, które miały na mnie wpływ, Kochana Pikfe kazała.
Każda książka ma na mnie wpływ taki, że odpływam radośnie. Jeśli tylko jest napisana (przetłumaczona) w miarę sprawnie językowo.
Z każdej się czegoś dowiaduję, nawet, jeśli jest to wiedza kompletnie od czapy i do niczego na pozór nie mogę jej wykorzystać. Powtarzam: na pozór. Bo prędzej czy później jednak (chachacha) wszystko mi się przydaje.
Zatem dobrze, wyznam pod przymusem, że jest kilka książek, za które jestem szczególnie wdzięczna, że istnieją.
Jeden: Sto lat samotności, Gabriel Garcia Marquez – za rozpaczliwy podziw, jakim darzę tę powieść i za to, że Rebeka Buendia jadła ziemię, co dowodzi, że nie jestem pierwszą, która żywi się piaskiem.
Dwa: Mistrz i Małgorzata, Michaił Bułhakow – ponieważ mogę otworzyć ją na dowolnej stronie i czytać z niesłabnącą radością. I za Behemota. I za odciętą głowę, która w ostatnim przebłysku świadomości pojęła, że przypadek to mit. Tocząc się – ta głowa – zrozumiała, że wszystko, co się wydarza, jest częścią planu. Zawsze uważam, żeby nie rozlać oleju.
Trzy: Kwas siarkowy – to książeczka, którą ja bym napisała, gdyby Amelie Nothomb nie zrobiła tego wcześniej. A tak – nie muszę.
Cztery: Historia Lisey, Stephen King – za staw, do którego wszyscy sięgamy, by łowić słowa. Za wszystkie poziomy, na których można czytać tę przedziwną opowieść (jak większość jego powieści zresztą).
Pięć: Wezwanie do miłości, Anthony de Mello. Za wezwanie do miłości, za drogę i naukę.
Skoro mam poprzestać na pięciu, to niech tak będzie.
Pozdrowienia dla Was, Kochani Ludzie.
