Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Kategoria ‘Zołza za kółkiem’

Zołza za kółkiem

bez komentarza

Scenki drogowe made in UK

Po Anglii jeździ się nijak. Prawie nie ma piratów drogowych. Zanim jakiegoś spotkasz na swojej drodze, zaśniesz z nudów za kierownicą.

Mój mąż już w łonie matki pragnął ujrzeć stadion Liverpoolu. Od razu po wjeździe do Anglii zaczął nagabywać, kiedy go tam zawiozę.
Zazwyczaj nie ma nic do gadania w sprawach kierunku i celu podróży (kto ma kierownicę, ten ma władzę!), pewnego dnia postanowiłam zatem sprawić mu tę radość.
Trzymając się kurczowo lewego krawężnika dowiozłam nas bez szwanku, chociaż jak wiecie w Anglii jeżdżą nie tą stroną, co trzeba.
Nawet kierownice mają po złej stronie.
Miotając się z aparatem po jezdni mój kibic (Legiunia jego kochana.) nawet nie zauważył, że zatamował ruch.
I wiecie, co zrobili angielscy kierowcy?
Nic nie zrobili!
Zatrzymali się grzecznie na obu pasach ruchu i poczekali, aż dziwadło obfotografuje stadion.
Nie trąbili
Nie rzucali "focków"
Nie wygrażali
Nie stukali się w czoło
Stali i czekali
Wtedy zrozumiałam, że naprawdę jestem w Anglii.

Po Anglii jeździ się nijak. Prawie nie ma piratów drogowych. Zanim jakiegoś spotkasz na swojej drodze, zaśniesz z nudów za kierownicą.
Jak chcesz wyjechać z podporządkowanej, to cię wpuszczą.
Jak się wleczesz nie tą stroną, co trzeba, to uśmiechnięty policjant spyta, czy dobrze się czujesz.
Co to za kraj?
Można wyrzucić wszystkie mapy, bo jak wiesz, dokąd jedziesz, to dojedziesz. No, może nie zawsze, bo granice miasteczek są raczej nie oznaczone. Albo ślicznie zarośnięte miejscowym bluszczem.

Na wsi to już w ogóle nie trzeba się stresować. Jeśli stoją dwa autobusy i blokują drogę, znaczy, że Bill z Johnem chcą sobie chwilkę pogadać. No problem, wszyscy zaczekają.
Jeśli mali chłopcy i dziewczynki jeżdżą akurat na hulajnogach, to trzeba ich slalomem wyminąć.
Na rogu Leach Lane i Ilfracombe Close lubi sobie siadywać kilkuletnia dziewczynka. Na krawężniku. W Polsce już by jej starym odebrali prawa rodzicielskie. Gdyby zdążyli.

Angielska ludność jeździ czym się da. Od najpiękniejszych i dech zapierających do najdziwniejszych, że można skonać ze śmiechu.
Jedzie taki gość po autostradzie w czymś, co wygląda, jak ukradzione z wesołego miasteczka. Wystaje ten gość półtora metra w górę bo pojazd maluśki i bez dachu. A to wcale nie był najdziwniejszy widok w Zjednoczonym Królestwie.
Natomiast nikt, ale to nikt nie jeździ Daewoo Tico.
Miałam duży i całkiem niepotrzebny stres, bo biedaczysko dostaje drgawek powyżej 110 km na godzinę. Końcówki drążka, panie Władeczku.
Myślę: będę się wlec stówą, denerwować miejscowych, otrąbią mnie, zeklną.
A oni nic.
Na autostradzie mają trzy pasy, więc im to wisi, że ja sobie jadę.
Na lokalnych drogach zachowują się tak, jakby nie istniał manewr wyprzedzania.
Słowo.
Ciągną się za mną między St.Helens a Warrington mercedesy, jaguary i fordy, palca mi nikt nie pokazuje, nie pcha się na trzeciego. Dodam jeszcze, że przez pierwsze dwa tygodnie wlokłam się wszędzie 40 km na godzinę, bo zapomniałam, że ograniczenia prędkości podane są w milach.
Nie mogłam pojąć, dlaczego oni tacy spokojni.
Później zrozumiałam, przy pierwszych przymrozkach.
Na mojej Leach Lane jest górka i zakręt. Trochę popadało, trochę pomroziło. Zrobiła się szklanka. No i poszło: ci co jechali, powpadali na tych, co stali.
Rozumiecie?
Oni tu po prostu jeździć nie umieją!

Bookmark and Share

Autor: admin

12 grudnia 2006 o 20:23.

Zołza za kółkiem

bez komentarza

Gra dziadek w salopie

Z ulgą wracam za kierownicę, wiosennie, promiennie, fresz eeear dynda mi przed nosem. Dynda razem ze Świętym Krzysztofem, bo on jeden mógł sprawić, że tyle razy udało mi się wrócić żywej.

Witajcie, fany jazdy polskiej. Zołza znowu za kółkiem. Nie siedziałam za nim dość długo, bo siedziałam gdzie indziej. A ze środków do lokomocji wybierałam pociąg (takie długie, hałaśliwe, cuchnące w środku).
Mój Tico jest młody metrykalnie, ale pod maską ma 200 tysięcy.
Jak mamusia, z lisim uśmiechem orzekł mój były mąż, a aktualny niezauważalnie odśmiechnął się, z ramienia męskiej solidarności.
W pociągu było tak: panom śmierdziały nogi a paniom pachy. Dalej nie opowiadam, bo może czytacie przy kolacji. Kiedy ja jem kolację, w telewizji pokazują gówniarza na kiblu, tego, co potem chce mamusi perfum użyć do spłukania.
Z ulgą wracam za kierownicę, wiosennie, promiennie, fresz eeear dynda mi przed nosem. Dynda razem ze Świętym Krzysztofem, bo on jeden mógł sprawić, że tyle razy udało mi się wrócić żywej.
Dziś też wróciłam, chociaż nie posłuchałam ani jednej rady Władeczka z warsztatu. Do teraz słuchałam, ale wiosną wzbiera we mnie bunt.
Rady te są światłe, więc podam je dalej, może ktoś skorzysta.
1. Problem: panie Władeczku, już drugi raz w tym półroczu wymieniamy zbiornik paliwa.
Rada: niech nie jeździ po wybojach.
2. Problem: panie jak wyżej, czy nie za często te łożyska wymieniamy?
Rada: niech nie jeździ po kałużach.
Czego i Wam życzę z okazji Świąt tych i następnych.
Dzisiaj nie było na drodze nadmiaru idiotów. Nie licząc orłów, którzy jadą bez świateł w szary dzień, samochodem koloru asfaltu. Bracia, proszę., oprócz przepisu macie jeszcze wolną wolę. I (zdarza się) rozum. Albo rozóm.
Proporcje są takie: koło Warszawy bez świateł jedzie dwóch na dziesięciu. Koło Przasnysza: na dziesięciu, dwóch świeci. Co z tego wynika? A bo ja wiem? Le Per ma wielu zwolenników. Skądś się oni biorą.
W gminie Chorzele trwają wielkie przygotowania do WEJŚCIA. Sprzątają. Błękitne worki na śmiecie wiatr targa po szosach krajowych, lokalnych i innych.
Tymi innymi przedzierać się nie warto, uwierzcie.
Nie warto też wchodzić do gminnego urzędu najwyższego, tam URZĘDNICY (już niebawem unijni) wzrokiem robią moralną krzywdę każdemu, kto się ośmieli przerwać uroczyste przygotowania do WEJŚCIA.
Dzień dobry:
- Petentka przyszła - zagęgało zza biurka, a urzędniczka (wkrótce unijna) obrzuciła mnie na postrach plugawym wzrokiem, co miał zabijać.
- Nie mam żadnych petycji, przyszłam wpłacić podatek leśny, bo bank mi nie chciał przelewu przyjąć.
Tak naprawdę to bardzo chciał, to ja nie chciałam płacić pięciu złotych prowizji.
- Jaka kwota? - zasyczało.
- Jeden złoty.
Do widzenia.
Na szczęście droga powrotna była łatwa i przyjemna. Najbardziej cenię sobie relaks na trasie Nieporęt - Marki. Tam zażywam masażu wibracyjnego. Aromatoterapia na odcinku Zielonka-Warszawa też jest skuteczna, jeśli uda mi się ustawić za ciężarówką z lat siedemdziesiątych.
Zrelaksowana, wiosenna, promienna wjeżdżam do ukochanej stolicy. Usranej reklamami od których cierpną zęby, usłanej psimi gównami. Podśpiewuję radośnie (wszak wciąż jeszcze żyję):

Jak konie w galopie
Jak tiry przed nami
Gra dziadek w salopie
Pod Katowicami

kwiecień 2004

Bookmark and Share

Autor: admin

30 listopada 2006 o 6:37.