Tag ‘Curriculum curiosum cz.1’
Felietony
Urlop!
Oto ostatni felieton przed wakacjami, które zasłużenie sobie przyznaję.
Z tym, że nie obiecuję, że naprawdę i na pewno ostatni, bo jeśli coś mną wstrząśnie, tąpnie albo poczuję nieodpartą potrzebę podzielenia się czymś – cóż, wtedy po prostu napiszę.
Miałam odlotowe plany wyjazdowe.
I – jak to u mnie – już po planach.
Moje plany są jak bąbelki w lemoniadzie – otwieram korek: psssss i bąbelki ulatują a zostaje mętna ciecz.
Niemniej jednak – jak to u mnie – ćwiczenie pokory wychodzi mi na dobre.
Chyba.
Myślę, że jeśli nic istotnego się nie wydarzy, to zajmę się ostatnimi poprawkami redakcyjnymi Curriculum, które zamierzam wydać jesienią.
Sama.
Tak jak wielu znanych dziś i cenionych pisarzy, którzy nie mieli szczęścia spodobać się wydawcy.
Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – o gustach się nie dyskutuje.
Wydawcy odrzucali także teksty noblistów.
Kiedy nie były podpisane.
Nie mam zamiaru użerać się z wydawcami, tak jak to było w przypadku Przeklętych, za które do dziś nikt się ze mną nie rozliczył.
Zamierzam wydawać swoje książki, ponieważ czekanie, aż się komuś spodobam jest bezcelowe.
Nie mam wujka w żadnym wydawnictwie, nie mam majątku, nie jestem towarzyska i nie mam zamiaru biegać po Warszawie z gołą dupą, żeby ktoś mnie zauważył.
Ale zaraz… a może jednak?
Myślicie, że wywołanie jakiegoś skandalu mogłoby mi pomóc?
Cóż, w tym też nie jestem dobra.
Cichutka ze mnie Dziunia.
Jestem zdana na siebie i garstkę (garsteczkę, garściątko) przyjaciół, którym nie przeszkadza mój asperger i okresowe napady ponurego milczenia.
To i tak więcej, niż mogłabym oczekiwać.
Bo oczekiwania są źródłem rozczarowań, tak?
Życzę Wam, Kochane Ludziska słońca na niebie, nieba w gębie i wszelkiej pomyślności.
Do miłego!
Małpa
Curriculum curiosum cz.2 (2)
Dwa: Z lotu pta
Zrobiłam to dla ciebie – powiedziała Mama do Psychodziuni. – Kiedyś będziesz mi wdzięczna.
Po raz pierwszy powiedziała to w Dniu Mięsa.
I powtórzyła.
W dniu, w którym chciała porąbać (Dziunię) choinkę.
Powiedziała to, bo nie miała żadnych wątpliwości, że jej samej zabrakło kiedyś szczęścia.
Pogrzebała się żywcem i poświęciła swoje życie, zamiast skorzystać z możliwości wolnego wyboru.
Skamieniało jej serce, ale nie mogła o tym wiedzieć. Nikt z własnej woli nie zagląda sobie w serce.
Odważyła się powiedzieć te słowa, zwiedziona pozorem. Przecież przez chwilę Dziunia rozumowała logicznie. Umiała odróżnić górę od dołu i sformułować twierdzenie parareligijne.
Jeśli można rozumować logicznie w jedną stronę, to można i w drugą.
Każdy ma swoje racje, do cholery.
(Wiele lat później, na kozetce psychogłówka - analityka, Dziunia tak oto zaciekle będzie bronić swojej (matki) opinii:
Chciała oszczędzić mi tego, czego jej nie oszczędzono. Zrobiła to dla mnie. Ponieważ troszczyła się o mnie, ty chuju.
Analityk wzruszy ramieniem, prawym. Lewe będzie miał zajęte pisaniem notatek. Nikt go nie zmuszał w dzieciństwie do pisania prawą ręką. Nikt go nie zmuszał do bycia normalnym. Będzie mógł pozwolić sobie na luksus czucia się godnym stuzłotowego honorarium. Będzie uprawniony, żeby czuć się uprawniony. Da sobie prawo, żeby dać sobie prawo.)
Gdyby spojrzeć z lotu ptaka na całą sprawę, to Mama miała rację. Nie jest ważne, że jej nie miała. Nie będziemy się jej czepiać bez potrzeby.
Człowiek robi to, co musi.
I to, co może.
Następnie tworzy skomplikowaną opowieść na dowód tego, że: zrobił tylko to, co powinien.
Wtedy można już uczciwie powiedzieć sobie i światu:
- Zrobiłam to dla ciebie.
Matki robią rzeczy rozmaite, ponieważ sądzą, że mają rację i mają rację. Mają ją, ponieważ są matkami i wiedzą lepiej.
Czasem tylko mylą im się życia.
Własne z cudzym.
Bo tak.
Bywa.
Do takiego miejsca w głowie Dziunia dotarła wlokąc się w kierunku swojego barłogu w dzień Machania Siekierą.
Usłyszała za plecami rozpaczliwe: zrobiłam to dla ciebie.
Miała rozpaczliwą potrzebę, aby w to uwierzyć.
Dlatego.
Powrót na łoże boleści stał się zbędny.
Dziunia stanęła w progu swojego pokoju, zamienionego chwilowo w dom wariatów.
Postała tam chwilę, a kiedy przekroczyła próg, to przekroczyła próg.
- Acha – powiedziała.
Spojrzała bowiem właśnie na swoje życie z perspektywy do tej pory niedostępnej: z zewnątrz.
To jeszcze nie był ten stan umysłu, o który zacznie zabiegać. To nie było z lotu ptaka.
Zaledwie z lotu pta.
Zaledwie z zewnątrz.
A i tak.
Skutecznie.
Postanowiła – przekraczając ten próg – wyzdrowieć i stać się jak inni.
Taka sama.
Do tego potrzebowała tylko odpowiednich narzędzi.
I znalazła.
Bo były tam.
Dostępne.
Wystarczyło znaleźć odpowiednie proporcje.
I właściwe rytuały.
Perspektywę, która zmienia wszystko, można uzyskać po odpowiednim zmieszaniu składników: wódka, kropelka środka do usypiania koni, papieros.
Kiedy Dziunia użyje tego katalizatora, zrozumie w końcu, jak wiele miłości otrzymała za nic.
Za to tylko, że jest.
A przecież mogło jej nie być.
Miało jej nie być.
I tego powinna się trzymać.
Z pamiętnika Buni
Zupełnie nie wiem, jak będzie z tą naszą przyjaźnią. Czy można normalnie przyjaźnić się z kimś, kto jest nieszczęśliwy? Kiedyś sama Dziunia powiedziała, że nieszczęśliwość jest zaraźliwa i wariactwo jest zaraźliwe. Nie wiem jak, ale ona mówiła, że przenoszą się drogą kropelkową. Jak grypa. Że są w powietrzu zalążki nieszczęśliwości i jeśli trafią na podatny grunt, to się osiedlają i przędą. Nie mam ochoty, żeby coś we mnie przędło. Ale tęsknię za Dziunią. A w dupie z zarazkami.
Bunia była dzielna. Chromoliła zarazki.
Była też znudzona, czym należy tłumaczyć jej tęsknotę.
Zbarłoguwstanie Dziuni przywitała z ulgą i lekką obawą.
Bo Dziunia stała się.
Jakaś.
Inna.
Zupełnie, jakby ugryzła jabłko z zatrutego drzewa. Inne jabłko, nie to, które przyniosło ludziom wstyd, dając jednak w zamian namiętność.
Jabłuszko Dziuni pochodziło z innego drzewa i było marniutkie: na wpół zdechłe, parszywe, gorzkie.
Posmakowało jej.
W jej sercu i w kącikach ust zagościł na stałe cynizm.
I wszystko było w porządku, bo czemu nie?
Tylko Bunia zadawała sobie pytanie:
- Jak można aż tak się zmienić?
Nie zadała go jednak Dziuni, bo swoje wiedziała.
To było czysto retoryczne pytanie.
Odpowiedź była jasna, choć niemiła.
Bunia wyraziła to jednym westchnieniem:
Niektórzy to mają takie zasrane szczęście, że mają takie szczęście zasrane.
Cdn.
