Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Tag ‘stereotypy’

Felieton

komentarze (6)

Ofiaruj się!

Felieton to niewdzięczne bydlę, ponieważ wymaga skrótów myślowych i świadomych pominięć.

Felietonista ufa (często bezpodstawnie), że czytający połapie się w tym zabiegu i nie będzie wiercić  dziury w brzuchu pytaniami typu: a co z…

Dlatego uprzejmie proszę o nie zadawanie pytań o: ofiary intencjonalnej przemocy, ofiary wypadków oraz ofiary dawane na tacę w kontekście dzisiejszego felietonu, dobra?
To nie o tym jest.

To jest felieton o ochotniczych ofiarach nadużyć, czyli o ludziach wierzących.
W bajki.

Wiktymologia jest nauką niepoprawną politycznie.
Ten felieton też jest daleki od politycznej poprawności (rozśmieszyłam sama siebie tym zastrzeżeniem).

Wyjaśniam: wiktymologia zajmuje się technikami kuszenia  losu.
Reszta jest w Wikipedii.

Poprawność polityczna w naukach psychospołecznych zajmuje się zaś utwierdzaniem ofiary w przekonaniu, że nie miała nic wspólnego z aktem nadużycia wobec siebie.
A to jest zazwyczaj fałszywe założenie.

Oczywiście – dodam szybko, zanim dostanę w pysk – ten udział ofiary, to kuszenie losu nie jest celowe ani nawet świadome (za wyjątkiem zaburzeń osobowości, interpretowanych jako skłonności autodestrukcyjne per procura, znane też jako: kopnij mnie w dupę, bo własną nogą nie dosięgnę).

Ale czy to jest jakieś usprawiedliwienie, że ktoś nie jest świadom własnych zachowań?
Zresztą – czy aby na pewno nie jest?

Idąc tym tropem możemy pokusić się o całkiem inne sformułowanie: ofiara nie jest świadoma skutków swoich zachowań.
To wiele wyjaśnia, ale niczego nie usprawiedliwia.

Aby stać się świadomym, wystarczy stać się świadomym.
Wybudzić się nieco z letargicznego przywiązania do własnych poglądów-przekonań-pobożnych życzeń-wyobrażeń i tego całego mulistego śmietnika, który zastępuje realny obraz rzeczywistości.

Przyjrzyjmy się zatem nieszczęsnym (dorosłym metrykalnie) ofiarom oszustw, manipulacji i nadużyć. Ich wspólną cechą jest bezgraniczna ufność w to, że jeśli ktoś coś mówi, to mówi prawdę, a jeśli coś napisali, to tak jest.

Bez tej wiary nie byłoby możliwe robienie przekrętów nigeryjskich, przekrętów na wnuczka, wyłudzeń w ramach niesłychanie wysokiego oprocentowania lokat w banku z siedzibą w suterenie. Nie doszłyby do skutku transakcje znane jako piramidy finansowe. Bez tej wiary (zastąpionej na przykład odrobiną wiedzy) żaden nieszczęśnik nie dałby się nabrać na materializującą się przez telefon wysoką wygraną.
Zwłaszcza, że w nic nie grał.

Chciwość.
Naiwność i magiczne myślenie.

Oraz grzech śmiertelny głupców: strach przed zrobieniem z siebie głupca.

Zachęcam do kontemplacji ostatniego zdania, Ludziska. 
Zawarłam w nim wszystko, co chciałam dziś powiedzieć.
Reszta, to tylko os-dupki.

Ozdóbki, miało być…

Bookmark and Share

Autor: admin

30 marca 2010 o 12:28.

Felieton

komentarze (5)

Kanibalizm sąsiadów

Ostatnio wzrosła moja (nad)wrażliwość na teksty o wyjechańcach, czyli emigrantach.

Do tej pory puszczałam je mimo oczu, wychodząc ze słusznego założenia, że nikt (łącznie ze mną) nie jest w stanie napisać niczego wartościowego na ten temat.
A to z tego powodu, że nie istnieje żaden spójny portret emigranta, ani żaden trzymający się kupy model życia na emigracji.
Nic.
Nul.

Jesteśmy różni, tak samo jak byliśmy różni przed wyjazdem z kraju.
Pracujemy w różnych miejscach, nie zawsze pachnących.
A Wy tam w kraju wszyscy już jesteście dyrektorami?

Pracujemy czasem poniżej naszych kwalifikacji, tak samo jak – nierzadko - nasi znajomi w Polsce.

Niektórzy znają angielski, a niektórzy nie.
Podobnie jak - w starym kraju - wielu nie rozumie, co czyta.
Choć niby po polsku.

Ci, którzy w kraju byli kretynami, pozostali nimi także po wyjściu z samolotu na Heathrow.
Tacy, którzy nie mieli w Polsce ani jednej książki, nie mają ich i w Anglii.

Ale – tego jestem pewna – polski kretyn ma większe szanse, żeby wyskoczyć ponad własny poziom, kiedy zobaczy odrobinę świata. Trochę to trwa, ale podróże kształcą, nawet te do fabryki i z powrotem do wyra.

Mamy różne priorytety, różnimy się hierarchią wartości i stylem życia.
My tu nie jesteśmy spod sztampy.
Natomiast opinie o nas są - delikatnie mówiąc - sztampowe.

Próby stworzenia uogólnień na temat emigrantów są jak zgłębianie natury oceanu na podstawie wody nabranej wiaderkiem na zaśmieconej plaży w Ustce.
Albo jak pisanie o psychice psa w oparciu o zeszłoroczną psią kupę znalezioną w parku.

Jednak ambitni dziennikarze (ci zawodowi i ci z wewnętrznego przymusu) nie ustają w swoich wysiłkach, żeby kolportować i utrwalać stereotypy i mity na temat, o którym najmarniejszego pojęcia nie mają.
Po każdym takim tekście, będącym zazwyczaj kubłem solidnych pomyj (z rzadka tylko przyprawionych opinią jakiegoś para-psychologa od siedmiu boleści),  pojawiają się powidoki, czyli setki komentarzy od czytelników.
Porywające posty, zaczynające od słów: święta prawda, bo córka mojego sąsiada…
Znawcy!

Mity i stereotypy są niezdrowe dla mózgowych zwojów, bo zastępują myślenie i zatrzaskują umysł w pozycji kucznej.
Kucający umysł jest zaś w stanie wyprodukować jedynie jadowite opary zawiści, nienawiści i podziałów na nasi i obcy.
My - swojaki.
Oni - parszywce.
Kucający umysł tkwi w smrodliwym grajdole, z którego wychyla się tylko po to, żeby wrzasnąć: zabrać!
ZABRAĆ IM!

A co konkretnie chcą nam - wyjechańcom - zabrać?
Najlepiej wszystko, poczynając od praw wyborczych i poczucia przynależności, na mieszkaniach w Polsce kończąc.
Zła wiadomość jest taka, że jesteśmy w tej Unii, czy nam się to podoba, czy nie. I nikt nikomu niczego nie zabierze, choć bez wątpienia będą takie próby.
 
Rzecz jasna, ja rozumiem zjawisko pod hasłem jebać emigranta.
Oto społeczeństwo, któremu każdego dnia udowadnia się, że guzik jest warte dla swoich elit.
Elit, powiadam.
Wybrańców.
Codziennie dobranocka z cyklu: Mamy Aferę.
Teleturniej: Kto Kłamie i Co Jest Grane.
Pipszoł: Kogo By Tu Jeszcze Opluć?

Takiemu społeczeństwu, o rozbujanych acz sfrustrowanych potrzebach konsumpcyjnych wystarczy wskazać wroga, żeby się przeciwko niemu zjednoczyło siłą (malutkich, ale licznych) umysłów.
Kiedyś, za Czerwonego Syfu obiektem zawiści byli badylarze i cierpiarze, czyli złotówy. To na nich donosiło się do skarbówki, im zaglądało się w kieszeń.

Dziś uczta sąsiada-kanibala ma w menu emigranta.

Sąsiad-kanibal dyszy zawistnie, dyszy żądzą pognębienia wyjechańca i puszczenia go w skarpetkach. A skoro się nie da, to chociaż go opluć, ośmieszyć, doprawić mu frajerską gębę i dwie lewe ręce, upaprane po łokcie przez mycie obcych sraczy i podcieranie obcych dup.

Sąsiad-kanibal ma umysł zajęty rapowaniem:

Nienawidzę tych, którzy sobie radzą.
Tych, którzy znajdują rozwiązania.
Tych, którzy do czegoś dążą i coś znajdują.
Tych, którzy umieją się śmiać.
Tych, którzy bywają szczęśliwi.
Tych, którzy wiedzą i mają.
Nienawidzę ich i życzę im wszystkiego najgorszego, bo jestem dumny ze swojego nieudacznictwa, kocham swój śmierdzący grajdoł, szczycę się swoim nieszczęśliwym i pełnym cierpienia życiem.

A ja powiem na to:

Wyrazy współczucia.
To musi być bardzo bolesne.

Czy to jest bardzo bolesne?

PS Odpowiem na słuszne pytanie, które Dorota zadała mi w mailu: co konkretnie mnie tak poruszyło, że aż siadłam i napisałam to, co powyżej?
Kroplą ostatnią (bo przedostatnią był tekst Andrzeja) był tekst pt. Angielski sen głupich Polaczków, promowany w Interii. Oraz nagłośnienie rzekomych opinii pewnej polsko-angielskiej aktorki.

Bookmark and Share

Autor: admin

1 lutego 2010 o 11:35.