Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Tag ‘emigranci’

Felietony

komentarze (21)

Polski ślad w Dorset

Stałam samotnie na tarasie widokowym.
Zachodziło słońce, a nad skałą Durdle Door już świeciła połóweczka księżyca.

Na dole, na plaży została jeszcze grupa mieszana słowackich robotników sezonowych na przepustce, ale byli już tak pijani, że ich ryki osłabły nieco.
Stałam więc we względnej ciszy, podziwiając dzieło prezesowe i wypatrując, czy jakiś delfin nie zabłąka się, żebym miała jeszcze więcej do podziwiania.

Nie zabłąkał się delfin, ale nadszedł wędrowiec z plecakiem.
- Sorry to disturb – rzekł na powitanie i uśmiechnął się sympatycznie.
- No problem – odpowiedziałam szczerze, bo cicha obecność drugiego człowieka w niczym mi zasadniczo nie przeszkodziła.

Postał człek, popodziwiał to, co było do podziwiania i odszedł bezszmerowo.
Rzecz jasna człek ów nie był Polakiem, jak się pewnie domyślacie z opisu jego zachowania.

Z Polakami i Słowakami miałam przyjemność nieco wcześniej, kiedy słońce stało jeszcze wysoko.

- Elwyyyyyra Poooolska – rozległ się ryk, a w miejscu opatrzonym dyskretną tabliczką no access pojawił się humanoidalny stwór z butelką piwa.

Fakt, że nie ma drutów pod napięciem i zomowca z karabinem, jest dla takiego stwora sygnałem, że można wleźć, bo co mu tam tabliczka wzywająca do ochrony ptasich gniazd na skałach.

On jest tu panisko, bo urwał się na urlop z jakiegoś zapyziałego magazynu i musi pokazać, że jeszcze Polska nie zginęła!

Elwyra, odziana w obcisły różowy dres, stała po drugiej stronie zatoczki, na wysokim klifie i wrzeszczała:
- Łukaaaasz, dawaaaj.

I Łukasz dawał.
Zbiegając z miejsca, w którym w ogóle nie powinno go być, potrącił Krzyśka i jeszcze kilka centymetrów, a mój fotograf razem ze sprzętem zwaliłby się w przepaść.

Ale Łukasz nawet na nas nie spojrzał, bo miał plan na ciąg dalszy polskiego show na obcej ziemi:

Najpierw rozebrał się do bieliźnianych gaci, nieco osranych w rowku.
Następnie majtnął się ze skały do wody porykując i – o dziwo – uszedł z życiem.
Bezwładność pijanego jest jego siłą i mocą.

Elwyra w tym czasie wydawała z siebie dźwięki jak inseminowana krowa, a jej głos rozchodził się we wszystkich kierunkach, bo akustyka Durdle Door jest niesamowita.

Po niesłychanie głośnej kąpieli z wywrotkami, pijackimi okrzykami zwycięstwa piwska nad rozumem i głośnymi pierdnięciami Łukasz wyczołgał się z wody, obuł adidasy i wlokąc za sobą portki i koszulę rozpoczął wspinaczkę po klifie.
Jasna sprawa, normalne schody nie zostały zbudowane dla takiego króla życia.

- Yde do ciejeee Elwyyyra!!! – zawył.
- Łukaaaasz…. dasz radeee – odbeczała Elwyra przenikliwie.

I – o dziwo – dał radę.
Dwa razy mało brakowało żeby spadł na skały, raz przysnął po drodze, ale radę dał.

Ludzie, którzy filmowali to wszystko telefonami komórkowymi odetchnęli z ulgą.

Ja zaś bardzo pilnowałam się, żeby nie odzywać się po polsku.
Zgadnijcie - czemu nie chciałam, żeby ktoś skojarzył mnie z Polską?

Wkrótce zamieszczę przyjemniejszą część opisu naszej włóczęgi po Dorset i Devon oraz galerię fotografii.
Może za kilka dni, bo mam tu trochę innych spraw na głowie.

Dziś chciałam się z Wami podzielić swoim poczuciem niesmaku, że polski akcent w Dorset wygląda tak, jak na pierwszym planie załączonej fotografii
O mały włos, a usiadłabym na tym akcencie i byłby koniec wycieczki.
Na drugim planie widzicie skałę Durdle Door, na której Łukasz pokazał, że Polak potrafi.

Inna sprawa, że palmę pierwszeństwa w schamieniu i dziadostwie muszę oddać pewnej (przyodzianej w różowy dres - czy to jakiś organizacyjny strój kretynek?) pannie z grupy słowackiej, która ni mniej, ni więcej kucnęła … i wysrała się pod skałą.

Dziwi mnie jedno: po ką kiszkę ci biedni ludzie wydają ciężko zarobione funty na wycieczki do cudów natury?
Ten sam efekt osiągnęliby waląc z gwinta na lokalnym wysypisku śmieci!

A ja mogłabym w spokoju chłonąć widoki, bez słuchania polskiego pijackiego ryku i wąchania słowackiego gówna.

Tak mi dopomóż Prezesie, żebym już nie spotykała słowiańskich braci na swoich szlakach.

Bo chociaż Angole z klasy niższej potrafią urżnąć się w trupa i wyć do księżyca, raczej nie robią tego w miejscach, gdzie inni odpoczywają od zgiełku.
Nie wypada.
Swoje pijackie manewry ograniczają więc do własnych podwórek, bądź jadą do takiego kraju nad Wisłą, gdzie za kilka funtów mogą poczuć się paniskiem.

Ale to już całkiem inna opowieść.

Bookmark and Share

Felieton

komentarze (5)

Kanibalizm sąsiadów

Ostatnio wzrosła moja (nad)wrażliwość na teksty o wyjechańcach, czyli emigrantach.

Do tej pory puszczałam je mimo oczu, wychodząc ze słusznego założenia, że nikt (łącznie ze mną) nie jest w stanie napisać niczego wartościowego na ten temat.
A to z tego powodu, że nie istnieje żaden spójny portret emigranta, ani żaden trzymający się kupy model życia na emigracji.
Nic.
Nul.

Jesteśmy różni, tak samo jak byliśmy różni przed wyjazdem z kraju.
Pracujemy w różnych miejscach, nie zawsze pachnących.
A Wy tam w kraju wszyscy już jesteście dyrektorami?

Pracujemy czasem poniżej naszych kwalifikacji, tak samo jak – nierzadko - nasi znajomi w Polsce.

Niektórzy znają angielski, a niektórzy nie.
Podobnie jak - w starym kraju - wielu nie rozumie, co czyta.
Choć niby po polsku.

Ci, którzy w kraju byli kretynami, pozostali nimi także po wyjściu z samolotu na Heathrow.
Tacy, którzy nie mieli w Polsce ani jednej książki, nie mają ich i w Anglii.

Ale – tego jestem pewna – polski kretyn ma większe szanse, żeby wyskoczyć ponad własny poziom, kiedy zobaczy odrobinę świata. Trochę to trwa, ale podróże kształcą, nawet te do fabryki i z powrotem do wyra.

Mamy różne priorytety, różnimy się hierarchią wartości i stylem życia.
My tu nie jesteśmy spod sztampy.
Natomiast opinie o nas są - delikatnie mówiąc - sztampowe.

Próby stworzenia uogólnień na temat emigrantów są jak zgłębianie natury oceanu na podstawie wody nabranej wiaderkiem na zaśmieconej plaży w Ustce.
Albo jak pisanie o psychice psa w oparciu o zeszłoroczną psią kupę znalezioną w parku.

Jednak ambitni dziennikarze (ci zawodowi i ci z wewnętrznego przymusu) nie ustają w swoich wysiłkach, żeby kolportować i utrwalać stereotypy i mity na temat, o którym najmarniejszego pojęcia nie mają.
Po każdym takim tekście, będącym zazwyczaj kubłem solidnych pomyj (z rzadka tylko przyprawionych opinią jakiegoś para-psychologa od siedmiu boleści),  pojawiają się powidoki, czyli setki komentarzy od czytelników.
Porywające posty, zaczynające od słów: święta prawda, bo córka mojego sąsiada…
Znawcy!

Mity i stereotypy są niezdrowe dla mózgowych zwojów, bo zastępują myślenie i zatrzaskują umysł w pozycji kucznej.
Kucający umysł jest zaś w stanie wyprodukować jedynie jadowite opary zawiści, nienawiści i podziałów na nasi i obcy.
My - swojaki.
Oni - parszywce.
Kucający umysł tkwi w smrodliwym grajdole, z którego wychyla się tylko po to, żeby wrzasnąć: zabrać!
ZABRAĆ IM!

A co konkretnie chcą nam - wyjechańcom - zabrać?
Najlepiej wszystko, poczynając od praw wyborczych i poczucia przynależności, na mieszkaniach w Polsce kończąc.
Zła wiadomość jest taka, że jesteśmy w tej Unii, czy nam się to podoba, czy nie. I nikt nikomu niczego nie zabierze, choć bez wątpienia będą takie próby.
 
Rzecz jasna, ja rozumiem zjawisko pod hasłem jebać emigranta.
Oto społeczeństwo, któremu każdego dnia udowadnia się, że guzik jest warte dla swoich elit.
Elit, powiadam.
Wybrańców.
Codziennie dobranocka z cyklu: Mamy Aferę.
Teleturniej: Kto Kłamie i Co Jest Grane.
Pipszoł: Kogo By Tu Jeszcze Opluć?

Takiemu społeczeństwu, o rozbujanych acz sfrustrowanych potrzebach konsumpcyjnych wystarczy wskazać wroga, żeby się przeciwko niemu zjednoczyło siłą (malutkich, ale licznych) umysłów.
Kiedyś, za Czerwonego Syfu obiektem zawiści byli badylarze i cierpiarze, czyli złotówy. To na nich donosiło się do skarbówki, im zaglądało się w kieszeń.

Dziś uczta sąsiada-kanibala ma w menu emigranta.

Sąsiad-kanibal dyszy zawistnie, dyszy żądzą pognębienia wyjechańca i puszczenia go w skarpetkach. A skoro się nie da, to chociaż go opluć, ośmieszyć, doprawić mu frajerską gębę i dwie lewe ręce, upaprane po łokcie przez mycie obcych sraczy i podcieranie obcych dup.

Sąsiad-kanibal ma umysł zajęty rapowaniem:

Nienawidzę tych, którzy sobie radzą.
Tych, którzy znajdują rozwiązania.
Tych, którzy do czegoś dążą i coś znajdują.
Tych, którzy umieją się śmiać.
Tych, którzy bywają szczęśliwi.
Tych, którzy wiedzą i mają.
Nienawidzę ich i życzę im wszystkiego najgorszego, bo jestem dumny ze swojego nieudacznictwa, kocham swój śmierdzący grajdoł, szczycę się swoim nieszczęśliwym i pełnym cierpienia życiem.

A ja powiem na to:

Wyrazy współczucia.
To musi być bardzo bolesne.

Czy to jest bardzo bolesne?

PS Odpowiem na słuszne pytanie, które Dorota zadała mi w mailu: co konkretnie mnie tak poruszyło, że aż siadłam i napisałam to, co powyżej?
Kroplą ostatnią (bo przedostatnią był tekst Andrzeja) był tekst pt. Angielski sen głupich Polaczków, promowany w Interii. Oraz nagłośnienie rzekomych opinii pewnej polsko-angielskiej aktorki.

Bookmark and Share

Autor: admin

1 lutego 2010 o 11:35.