Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

grudzień 2008 - archiwa

Podroże: Llanddwyn Island

bez komentarza

Wyspa Kochanków

Nie jest wyspą, bo rzeczy nie są tym za co je uważamy, nie są tym, czym się wydają, jak zwykł mawiać agent Cooper.
Rzeczy (i ludzie) nie zważają na to, jak są nazywane i są dokładnie tym, czym mają okazję być.

Llanddwyn jest wyspą w czasie przypływu. Llanddwyn nie jest wyspą w czasie odpływu.
Trzeba tylko umieć odróżnić jedno od drugiego i można się przeprawiać suchą nogą.
Rzecz jakby prosta, ale i nie. Na dowód tego powiem tylko tyle: pewien bliski mi fotografik – artysta brodził po pas w wodzie, żeby zdążyć opuścić wyspę przed nocą. A był to luty.

Do rzeczy:
Patronem wyspy-nie wyspy jest Święty Dwynwen, taki walijski Walenty. Dzień walijskich zakochanych przypada 25 stycznia, reszta jak u Walentego: kartki, całusy i obiecanki-cacanki.
Legenda opowiada, że sczezła tam marnie, w samotności i zapomnieniu, pewna niewłaściwie zakochana panna. Zanim sczezła, próbowała negocjować z losem, ale guzik z tego wyszło (jak zawsze).
Tak czy inaczej, Dziunia twierdzi, że lepsza śmierć niż mezalians.
Ja uważam, że lepszy mezalians niż śmierć.

Jeszcze nie zwariowałam, żeby rozpisywać się o historii Llanddwyn. Wklepcie sobie w Googla, jeśli Was to interesuje. Internet to jest Boże Arcydzieło. Nawet szatan by na to nie wpadł, choć inteligencji mu nie brakuje.

Zamiast tego, pokażę Wam zdjęcie, na którym widać także pobliską Snowdonię. Jest ona bowiem o rzut beretem, zwłaszcza, jeśli umiecie chodzić po wodzie.

Mój fotografik nie przeprawiał się wpław tym razem. Mój fotografik nauczył się z doświadczenia, że woda jest po to, żeby pływała tam i z powrotem.  Nie ta sama woda, ale tak samo mokra.

W czasie, kiedy on polował z aparatem na światło, ja drzemałam słodko w samochodzie. Opatuliłam się w portki z freezer (Ci, którzy czytali Anglię dla Angoli wiedzą, co mam na myśli) i miałam w nosie, że jest trzy stopnie Celsjusza, o Fahrenheicie nie wspominając.
Śniła mi się Dziunia, nie powiem co, bo nie.

Otworzyłam oczy, słońce już wschodziło, jak zawsze, na wschodzie. Kiedy zasypiałam, na parkingu nie było żywej duszy a martwe też siedziały po krzakach.
Otworzyłam więc te oczy i oto, co ujrzałam:

Trzy panie około siedemdziesiątki i psa.

Pani Pierwsza: zielona kurtka, czerwony szalik, kalosze i rogi renifera na głowie.

Pani Druga: czerwona kurtka, żółty szalik, kalosze i czapka Świętego Mikołaja z dzwoneczkami na głowie.

Pani Trzecia: brązowa kurtka, bez szalika, adidasy i czapka Świętego Mikołaja ze światełkami na głowie.

Pies: czerwony kubraczek, bez szalika i butów, różki renifera na główce.

Uśmiechnęłam się do nich. One uśmiechnęły się do mnie. Pies pomachał mi ogonem. Był poranek Bożego Narodzenia i wszystko było jak trzeba.

Wyplątałam się z portek, kurtek i koców i poszłam na Wyspę Kochanków. Poszłam popatrzeć, jak ładnie Prezes urządził to wszystko i jeszcze oświetlił słońcem, żeby zaakcentować mocne punkty. Sami popatrzcie, a jak chcecie więcej pięknych obrazów, to z boku jest link do strony www mojego artysty-fotografika. Tego, który wprawdzie nie chodzi po wodzie, ale zdjęcia to robić potrafi.

Llanddwyn Island
Llanddwyn Island
Llanddwyn Island

A jak całuje!
Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiicho, mała.
Kto oglądał „Half Light” z Demi Moore, rozpozna może latarnię morską, w której Rachel Carlson była straszona przez rzekomego ducha (a w rzeczywistości wrednego acz seksownego dupka).

Tyle na dzisiaj. Jutro wróci do Was Dziunia, bo siedzi wciąż w mojej głowie i już kopie.

Bookmark and Share

Autor: admin

26 grudnia 2008 o 15:00.

Curriculum curiosum

bez komentarza

Wciąż jeszcze są Święta

Wpadł tu wczoraj (pierwszy do Dziuni) komentarz i tak się składa, że pochodzi od kogoś kiedyś miłego mojemu sercu. Później nasze drogi musiały się rozejść (rzecz normalna i pożądana we wszelkich zdrowych relacjach), a teraz widzę, że R. czyta Dziunię i że ją lubi, chce o nią zadbać. To dobrze, każda Dziunia potrzebuje życzliwości, żeby mogła oddychać.
Uśmiech dla Ciebie, droga R. Jak ja się cieszę z każdego komentarza. Czyli z jednego, jak do tej pory. Cieszę się jak głupia.

Co do Dziuni, to w żaden ludzki sposób nie mogę zmusić jej do milczenia. Nieludzkich sposobów nie biorę pod uwagę. Jest w mojej głowie, czuje się tam jak u siebie, czuje się dobrze, bo w mojej głowie ma pewną swobodę: może być kim tylko zechce, inaczej niż w życiu.

Kiedy przygotowywałam wigilijnego karpia, zadałam sobie pytanie, czy jestem barbarzyńcą.
Czy jestem barbarzyńcą-karpiojadem, dokładniej.
Ze śledziami jakoś nie miałam tego problemu, niech mi wybaczą, jeśli czują się zlekceważone.

Bo widzicie, ten karp… on miał głowę. W głowie miał oczy i patrzył na mnie nimi.

 Bez słowa, przecież ryby głosu nie mają. A jeśli jednak mają? Jeśli to ja jestem głucha, a nie ryby nieme? Wiem, że wielu ludzi zadaje sobie to samo pytanie od lat. Z powodów naukowych, duchowych, dowolnych.
Powiadają: ryby krzyczą, tylko my, ludzie ich nie słyszymy. Pewnie tak właśnie jest.
 Aż tak bardzo mnie to nie porusza, wszystko, co żyje, krzyczy, kiedy grozi mu zeżarcie.
Nawet szczypiorek.
Prawdopodobnie.
Myślę sobie - przecież Dziunia też była niesłyszalna. Miała głos, (ale to jaki!) lecz miała samych głuchych dookoła siebie.

W powieści znajdzie się kiedyś taka scena, w której Dziunia musi zabić świątecznego karpia, żeby zasłużyć na uznanie Taty. Ponieważ Dziunia uważa, że „nie zabijaj” znaczy dokładnie to, co znaczy, znajdzie się w okropnej rozterce.
Rozdarta między okazją do bycia zauważoną i docenioną,(lecz za cenę morderstwa) a ryzykiem odrzucenia.
Karp zdechnąć świątecznie musiał, bo takie było jego przeznaczenie.
Z przeznaczeniem się nie dyskutuje, można stać się tylko jego bezwolnym narzędziem lub stawić opór.
Dlatego Dziunia chciała znaleźć kompromis, próbując namówić karpia do popełnienia samobójstwa.
 Czy jej się udało?
 Cóż, zobaczymy.

Mój karp nie był jednak niemy, choć raczej milczący. Popatrzyłam mu w oczy, te martwe oczy i spytałam, czy sądzi, że jego życie było ważne i czy – jego zdaniem -  miało sens.
- Tak samo, jak twoje, mniej więcej – odrzekł karp i zamilkł na zawsze.

Jutro opowiem Wam troszeczkę o Llanddwyn Island, zwanej też Wyspą Kochanków (która wyspą bywa tylko czasami), opowiem też w kilku zdaniach o tym, co ujrzałam w ranek Bożego Narodzenia, kiedy ocknęłam się z krótkiej drzemki na parkingu.

Dziunia niech jeszcze chwilkę odpocznie, ale ciąg dalszy jest od tego, żeby nastąpił.

Bookmark and Share

Autor: admin

25 grudnia 2008 o 22:02.