Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

listopad 2008 - archiwa

Anglia dla Angoli (17)

bez komentarza

Rozdział siedemnasty: Ja czuć się dyskryminowana!

W domu cioteczki otacza nas mur milczenia. Tylko czasami w przelocie Bob rzuca jakąś kąśliwą uwagę.
- Funny polish people, nawet na sprzątaczy się nie nadają.
albo
- Hej, cleaner, tu leży papier, posprzątać nie umiecie?

Dzwonię do Alexa i z ogromnym trudem udaje mi się zrozumieć, że wcale nie zostaliśmy wyrzuceni, tylko firma PG straciła kontrakt i zwalnia wszystkich pracowników. I on bardzo przeprasza, że nie zadzwonił, bo zapomniał.
No, drobiazg.

W tym koszmarnym tygodniu coś dobrego jednak się wydarza. Na parkingu przed Lidlem poznajemy Marcina i Tomka. Zwabił ich nasz Tico na polskich blachach. Dostajemy od nich prawdziwy skarb: telefon do Pani Joanny, która wynajmuje domy emigrantom. Podobno nie pyta o referencje, bo rozumie, że niektórzy dopiero przyjechali. Pozostaje tylko poczekać na pieniądze i…
Właśnie, i co? Nie mamy pracy, nie wiemy czy będziemy mieć. Wiemy za to, jak łatwo pracę stracić. Z godziny na godzinę. A nasze pieniądze są wiadomo gdzie.
Wraca kwestia powrotu do Polski. Mogłoby nam wystarczyć na przeżycie i pozbieranie się po tej żałosnej eskapadzie. Zastanawiamy się, bo parę ważnych rzeczy już przecież wywalczyliśmy: czekamy na konto w banku, czekamy na numer NI.
Może jednak zostać i liczyć na łut szczęścia i nowo nabytą siłę fizyczną?

Niepokój i wątpliwości nie dają nam usiedzieć na tyłkach. Znowu chodzimy na kilkugodzinne spacery, raz w stronę Liverpoolu, raz na Manchester.
Nasza obiecana karta do bankomatu nie nadchodzi, za to nieoczekiwanie szybko dostajemy pocztą nasze numery NI. Radość nieopisana, bo to znak, że zaczyna nam się szczęścić.
Kupiłam sobie tutejszą kartę SIM do mojej komórki i codziennie wydzwaniam do Alexa. Łamaną angielszczyzną molestuję go o pracę. Przez pamięć polskiej babci – zaklinam.

I wreszcie:
-  Lada dzień wrócicie do pracy, czekam na kontrakt z drugą firmą.
- Wrócimy na łerhałz? – dopytuję się.
- Prawdopodobnie.
Ale
- Musicie mieć pozwolenie na legalną pracę w Anglii.
- No mamy przecież! Mamy numer ubezpieczenia!
- Ja mówię o pozwoleniu z Home Office. Bez tego jesteście nielegalni. Ja nielegalnych nie mogę zatrudnić, bo firma zapłaci grzywnę.
Home Office, to takie ich MSZ.  Unia czy nie Unia, Polacy muszą być zarejestrowani w WRS, czyli Worker Registration Scheme.
Właściwie miałam jakieś strzępy informacji na ten temat, ale Bob twierdził, że nie dotyczy to pracowników tymczasowych, czyli agencyjnych. Cholera, najwyraźniej dotyczy.

 Dzwonię pod numer podany przez Alexa. Podobno kiedy zażądam, będę mogła rozmawiać po polsku. Więc żądam, a nawet ładnie proszę.
- I am sorry, nie mamy takiej możliwości - odpowiada ludzki głos po drugiej stronie – możecie dostać ulotkę po polsku, taką o prawach pracowniczych. Ale dopiero po rejestracji i opłacie.
Ludzki głos żuje gumę albo żre sandwicza, więc proszę o powtórzenie wszystkiego z dziesięć razy.
- Powtórz innymi słowami – błagam, bo słyszę w kółko tę samą odpowiedź i zrozumienia mi nie przybywa.
Wreszcie udało się, już wiem!
Przez pierwszy rok pobytu mamy rejestrować w Home Office każdą pracę. Samo pozwolenie kosztuje pięćdziesiąt funtów od łba. Za to kolejne rejestracje – całkiem free. Mamy na to miesiąc od podjęcia zatrudnienia.
Zapłacimy za przywilej zamiatania na łerhałzie. Legalnego zmiatania.
Formularze WRS przychodzą pocztą następnego dnia. Najwidoczniej, kiedy w grę wchodzi moje pięćdziesiąt funtów, nie muszę czekać angielskich sześciu tygodni.
Muszę wysłać pocztą nasze paszporty do Home Office. Jeśli je wyślę, będziemy kompletnie uziemieni: mowy nie będzie o szybkiej ewakuacji do Polski.

Czekamy na nową pracę i na ostatnie pieniądze za poprzednią. Chcemy zostać jeszcze kilka dni i spokojnie znaleźć jakieś tanie lokum. Karteczka z telefonem do Pani Joanny podtrzymuje nas na duchu.
- Bob, kiedy przyjdzie nasza pensja, wypłać proszę wszystkie nasze pieniądze i daj mi gotówkę – proszę.
- Wykluczone – odpowiada – wpłacę je na wasze konto, kiedy będziecie je mieć.
Bank przekroczył wszelkie możliwe terminy, a powiadomienia o otwarciu konta jak nie ma, tak nie ma. Za to my mamy mnóstwo wolnego czasu na pozałatwianie naszych spraw.

W HSBC jest tym razem kolejka, jak w polskim mięsnym za komuny. Prawie dwie godziny czekam na appointment.  Jestem gotowa zemdleć, rozpłakać się albo dostać histerii, ale nie pozwolę odesłać się z niczym.
Urzędnik jest chudy jak tyczka i uśmiechnięty jak rekin.
- Być tu ponad dwa tygodnie temu, mieć miała założone konto – dukam, bo ze zdenerwowania zapomniałam języka.
Sprawdzanie:
Jest kilka kont na osoby o podobnym nazwisku, ale ani jednej mnie.
- Oh! Nie mamy takiej osoby w systemie - uśmiech.
- A to dlaczego?
- I do not know – miły uśmiech.
- Czy dlatego, że jestem Polką? Czy wasz bank dyskryminuje Polaków? A może tylko kobiety?
- Chwileczkę, natychmiast sprawdzę – uśmiech znika i urzędnik też.
Po kilkunastu minutach:
- Bardzo, bardzo przepraszamy. Już wyjaśniam, co się stało:
Otóż był stos dokumentów.
Ten stos leżał.
Twoja aplikacja leżała na wierzchu tego stosu.
Przyszedł kolega i odwrócił stos.
Twoja aplikacja znalazła się pod spodem.
Teraz znowu jest na wierzchu i już niedługo zostanie wprowadzona do systemu.
Jeszcze raz bardzo, bardzo przepraszamy.
Konto będzie otwarte za trzy dni robocze.
Najdalej za dziesięć.
 Thank you very much za twoją cierpliwość.
 Nasz bank jest przyjazny dla klientów i godny zaufania.
Nikogo nie dyskryminuje.

- Ja czekać na moją kartę trzy dni – mówię na odchodnym – potem ja czuć się dyskryminowana.

Cdn.

Bookmark and Share

Autor: admin

29 listopada 2008 o 14:03.

Anglia dla Angoli (16)

bez komentarza

Rozdział szesnasty: Czapka Lee

W poniedziałek znowu trafiam na freezer. Tym razem Bill mnie nie prosi, ale informuje.
- Jesteśmy z ciebie bardzo zadowoleni, dlatego możesz zastąpić Lee, dopóki nie wyzdrowieje.
- A jak się czuje Lee? - pytam - Kiedy możemy się go spodziewać?
Bill zapewnia, że Lee czuje się lepiej i wraca w środę. Będę się gorąco modlić się za jego zdrowie.
Jacek, który drugi tydzień łazi z gorączką rzuca się w mojej obronie:
- Ja pójdę do zamrażalni – oświadcza bohatersko mój kaszlący mąż.
- Wykluczone – kończy dyskusję Bill – ciebie potrzebujemy dokładnie tam, gdzie cię przydzielamy.

Na szczęście zabrałam do uprania nieszczęsną czapkę Lee i mogę zakryć twarz przed mrozem.
Na każdej przerwie piję gorącą wodę z automatu. Woda jest za darmo. Jakiś chłopak chce mi kupić gorącą czekoladę, pewnie myśli, że nie stać mnie na herbatę.
Przypominam sobie, że polski robol pracujący w chłodzie dostawał za komuny zupkę regeneracyjna z wkładką.
Przychodzi Tim i daje mi paczkę dropsów. Czuję się  jak małpiatka, zważywszy na mój strój.

Po każdej przerwie zimno staje się coraz zimniejsze. Boli mnie serce i nie mogę oddychać. Byle dotrwać do końca zmiany. Niektóre palety są potwornie ciężkie. Nie daję rady ich wywlec. Zostawiam je nietknięte mając nadzieję, że nikt nie będzie mnie sprawdzał. Kto by właził z własnej woli na freezer?
Wózkarze co chwila wysypują na podłogę jakiś towar. Zamiatam kilogramy frytek, setki bułek hamburgerowych. Do kontenerów trafiają dziesiątki opakowań lodów. Śmietniki mi się zapełniają szybko. Żeby je opróżnić, pcham je kilkaset metrów do kompaktu. Oblewa mnie pot i modlę się, żeby nie zemdleć.
Są dwie rzeczy, których nienawidzę: brud i zimno.
Dostałam jedno i drugie.
Aniele, Stróżu mój, gdzie ty się ostatnio podziewasz?

Trzeci tydzień naszej pracy przynosi stopniową adaptację.  Mięśnie mniej bolą, buty trochę się rozchodziły, tylko czas się wlecze.
Poznaję na własnej skórze bolesną względność czasu: dziesięć minut przerwy trwa mgnienie oka. Dziesięć minut na freezer ciągnie się  wieki.
Patrzę na zegarek o szóstej piętnaście. Sprawdzam czas po dwóch godzinach, jest szósta dwadzieścia pięć.
Czas nie płynie, zdechł.
Myślę sobie: tak mogłoby wyglądać piekło. Zimno, samotnie, czas stanął w miejscu, jestem uwięziona na zawsze.

Z moją głową dzieją się dziwne rzeczy: nadal przemawiam do zielonego groszku, odgrażam się krewetkom, raz mi się chce śmiać, raz płakać. Nakazuję sobie wytrzymać, wróci Lee, ja wrócę do swojej ukochanej szczoty i męża. I cuchnących kibli, w których jest ciepło.

Cioteczka obraża się śmiertelnie, bo nie chcemy żreć marchwi z rzepą gotowanej na parze. Jacek odmawia codziennego mycia podłogi. Ciężka robota stępia naszą wrażliwość na atmosferę domu. A niech wrzeszczą, niech nas przezywają, nam to zwisa, zwisa, zwisa.
- Co nas nie zabije, to nas wzmocni – powtarzamy sobie przed zaśnięciem.
W nocy budzi mnie drętwienie zaciśniętych dłoni. Bo zamiatanie śni mi się co noc i ani na chwileczkę nie wypuszczam szczoty z rąk.
- Pracujesz w nadgodzinach – dowcipkuje Jacek – nocny wolontariat!

Żyjemy w ciemności i sztucznych światłach łerhałzu. Formy przetrwalnikowe, podobne do zombie.
Jest druga połowa listopada, w sklepach pojawiły się świąteczne dekoracje.
Obiecujemy sobie, że po następnej wypłacie bierzemy się za szukanie mieszkania. Na Boże Narodzenie będziemy już u siebie. To jedyny sens i cel naszej przygody łerhałzowej, zamiatania na tekturkę, babrania się w zepsutej żywności i mycia kibli brudniejszych niż na dworcu w Gostyninie.

W środę jak zwykle podpisujemy listę obecności. Modlę się: wszystko, tylko nie freezer. Moja modlitwa zostaje wysłuchana podwójnie.
- Bardzo mi przykro – mówi Bill – ale już dla nas nie pracujecie. Dziwne, ze Alex was nie powiadomił, powinien był zadzwonić
Próbuję dowiedzieć się, co się stało, Bill tłumaczy, że firma nie ma pieniędzy, żeby nam płacić. Tak, są z nas bardzo zadowoleni, ale rezygnują z pracowników czasowych.
Zabieram na pamiątkę czapkę Lee. Jeśli kiedyś odważę się narzekać albo użalać się nad sobą, przypomnę sobie freezer.

Wracamy do punktu wyjścia. Nie mamy pracy. Nie mamy nic, poza zarobionymi funtami. Obliczamy, że powinno być tego ponad tysiąc sto. Trzeba tylko poczekać, aż te pieniądze przyjdą.
 I poprosić Boba, żeby nam je dał.

Cdn.

Bookmark and Share

Autor: admin

28 listopada 2008 o 9:37.