marzec 2008 - archiwa
Problem do kwadratu
Nad mówieniem o alkoholizmie kobiet nadal wisi odium wstydu i skrępowania. Pytanie o uzależnienia bardziej kojarzy się z "oskarżeniem" niż z próbą diagnozy i pomocy
Najłatwiej jest dostrzec zjawiska, które mają wyraźną reprezentację w umyśle. Trywializując: jeśli wiem, że coś istnieje i wiem jak to się przejawia, to spotykając się z tym zjawiskiem z łatwością je rozpoznam.
I pewnie dlatego zwróciłam uwagę na współwystępowanie u moich klientek "odwykowych" dwóch problemów: alkoholizmu i przemocy. Miałam ku temu okazję wręcz wyjątkową: pracowałam z ofiarami domowej przemocy w Niebieskiej Linii, prowadząc jednocześnie w Instytucie Psychiatrii i Neurologii grupę dla alkoholiczek. Dzięki temu zaczęłam dostrzegać, że w życiorysach uzależnionych kobiet aż gęsto jest od przemocy: różnego kalibru, w różnych konfiguracjach, w różnych okresach życia. W standardowym programie leczenia uzależnień nie zajmowano się przemocą. Owszem, prace skoncentrowane na krzywdzeniu najbliższych poruszały problem sprawstwa, ale penetracja życiorysu nie dotyczyła aspektu ofiary. Co więcej, mówienie o sobie w kategoriach ofiary ma w odwyku specyficzny wydźwięk: dobrze wyrenowana grupa dostrzeże w tym bo wiem "mechanizmy obronne" i udzieli krytycznych informacji zwrotnych. W najlepszym razie będą one brzmiały: "rozumiem, że masz żal do męża, ale spróbuj zrozumieć jego sytuację po prostu nie wytrzymywał nerwowo".
W najgorszym razie alkoholiczka usłyszy: "przestań użalać się nad sobą, zajmij się swoim piciem".
Co innego żona alkoholika, nikt nie kwestionuje jej prawa do nazywania siebie ofiarą domowej przemocy.
Ale alkoholiczka? Stereotyp podpowiada, że to ona właśnie pije, bije, poniża innych. Często jest to prawda, albo pół prawdy (gdy kobieta jest bita a jednocześnie bije lub zaniedbuje dzieci). Równie często jest na odwrót: picie kobiety jest alibi dla sprawcy. W końcu któż nie przyzna racji udręczonemu mężowi alkoholiczki?
W kontakcie z uzależnioną ofiarą domowej przemocy mamy do czynienia z "problemem do kwadratu".
FIOLETOWE SIŃCE, ZIELONA APASZKA
Wesoła Wiesia przyjechała na odwyk w świeżych, malowniczych sińcach. Głębokie zadrapania na szyi skryła pod zieloną apaszką. "Przy oka zji" zrobiła obdukcję. Nie pierwszą, jak się okazało. Poprzednich razów było ze dwadzieścia: w tajnej szufladzie leżały całe pliki obdukcji, zaświadczeń i skarg (napisanych i wysłanych, napisanych i nie wysłanych). Tych nie wysłanych jest więcej, bo Wiesia już nie wierzy w sprawiedliwość i sądy.
I słusznie, bo sprawiedliwości w sądach dochodzi się na trzeźwo, a Wesoła Wiesia nie była trzeźwa od ładnych paru lat. Kiedyś była nauczycielką, zanim ześliznęła się w dół społecznej hierarchii. Od długiego czasu Wiesia "prowadzi dom" dla pracującego męża. A mąż Wiesi ma pięści wielkie i twarde jak cepy.
Na początku były marzenia, kochanie, przytulanie i ciągły brak pieniędzy. Najpierw skończyło się przytulanie. W to miejsce przyszło poszturchiwanie. Mąż Wiesi zaczął dorabiać po godzinach i wygłaszać wzniosłe tyrady na temat obowiązków żony i praw męża. Muchy w nosie i wielkie aspiracje uczyniły go stosunkowo nieznośnym towarzyszem życia. Wiesia twierdzi, że zaszkodziło mu rozległe życie towarzyskie. "Kto kręci, chachmę ci, ten ma" mawiał w przypływie do brego humoru. Te przypływy, rzecz oczywista, zdarzały się po setce. Żeby męża odciągnąć od koleżków, Wiesia nauczyła się robić mocne domowe nalewki, siadała za stół razem z nim i usiłowała być dobrym kompanem. Kieliszek za kieliszkiem, miesiąc za miesiącem nie trudno zgadnąć, kto pierwszy został alkoholikiem. Kobiety z reguły łatwiej wpadają w uzależnienia chemiczne. A jak już wpadają, to degradują się szybciej.
Mąż Wiesi nie rozumuje w kategoriach "chorobowych". Jak kobieta pije, to trzeba jej z głowy to picie wy bić. A najszybciej wybija się pięścią.
Wiesiu - pytam - czy zdajesz sobie sprawę z błędnego koła, w którym utkwiłaś?
Och - odpowiada - gdyby on prze stał mnie tłuc i wyzywać, nie musiałabym pić. A tak co mi zostało?
Panie Tadeuszu -pytam męża Wiesi podczas spotkania, na które zgodził się dość niechętnie - czy Pan jest świadom, że przemoc jest przestępstwem ściganym przez prawo?
No to niech ona przestanie chlać powiada on palcem jej nie tknę. Przecież każdy wie, jakie ja mam z nią życie.
Oboje święcie wierzą w to, co mówią. Oboje się mylą. Akademickie rozważania nad skutkiem i przyczyną wygodniej zastąpić opcją pragmatycz ną w tym związku są dwa poważne problemy:
1. alkoholizm Wiesi,
2. używanie fizycznej i psychicznej przemocy przez Tadeusza. Te problemy współwystępują i potęgują się nawzajem. Ta koincydencja nie jest przypadkowa. Narastające kłopoty w relacji oraz ciągły niepokój i napięcie Wiesi znakomicie koił alkohol. "Dogadywała" się z mężem dużo łatwiej, a jego raniące słowa nie zapadały tak głęboko w duszę.
Dla Tadeusza picie Wiesi stało się sygnałem przyzwolenia na "cięższą" przemoc: poszturchiwanie i popychanie mogło zostać zastąpione przez bardziej "konkretne" akty przemocy ciosy pięścią (na razie bez trwałych śladów), kopnięcia, rzucanie popielniczką lub kubkiem z gorącą herbatą.
Dla Wiesi poniżanie i bicie oznacza ło konieczność zwiększenia dawki znieczulenia. Dorzuciła sobie wyżebrany u znajomej lekarki oxazepam. Alkohol zmieszany z benzodiazepiną zamulił i zmącił do reszty jej świadomość. Znalazła się w pułapce. Kiedy próbowała bronić się przed ciosami, opowiadać o biciu, wzywać pomocy, napotykała mur pogardy. Bełkotliwa mowa, nieskładna treść, zaniedbany wygląd: kto da wiarę i weźmie w obronę "taką"…
Otrzymała swoją szansę. Tym razem awantura znalazła swój finał w szpitalu, co dało Wiesi możliwość względnego wytrzeźwienia i wysłuchania propozycji terapii odwykowej. Krążyły słuchy, że jedyną motywacją Wiesi była chęć uniknięcia kolejnych (zapowiedzianych) ciosów. Jedni powiadali, że to źle, za mało inni, że wystarczy. Tak czy inaczej do dziś jest trzeźwa, a kilka lat minęło od tych wydarzeń. Porządki w małżeństwie trwały ponad dwa lata. Tadeusz nie zdołał powstrzymać pięści trzeźwa Wiesia wkurzała go równie mocno, więc skończyło się rozwodem.
NAJPIERW ODWYK, PÓŹNIEJ PRZEMOC
Alina przyszła do Poradni przy Pogotowiu dla Ofiar Przemocy. "Jestem maltretowana przez męża, córkę i syna. No, może syna nie, ma dopiero 12 lat ale tamci…"
Pierwsze spotkanie przebiegało typowo: opowiedziana historia była spójna, poczucie krzywdy dojmujące przemoc domowa w klasycznym wydaniu.
Na drugim spotkaniu Alina usiadła daleko. Ssała miętowego dropsa, ale zapachu alkoholu nie daje się zabić byle cukierkiem. W tej sytuacji postanowiłam jakoś zareagować.
Czuję od Ciebie alkohol, czy wypiłaś przed naszą rozmową?
Och, jedno piwko na rozluźnienie.
I na tym mogło się skończyć, gdyby w przyszłości taka sytuacja nie powtórzyła się. Alina próbowała być ostrożna, ale na grupie znowu pojawiła się podpita. Dziewczyny odsunęły się od jej "chuchu", popatrywały na siebie.
Przyszedł czas na interwencję. Żadna pomoc psychologiczna, prawna czy socjalna nie przyniesie efektu wobec osoby, która jest czynnie uzależniona. Trzeba było uświadomić to Alinie. To była trudna rozmowa. Dla niej i dla mnie.
Nie miała żadnej szansy obrony swoich praw bez pracy nad trwałą abstynencją i wyrównaniem najbardziej dolegliwych szkód psychicznych.
Próbowała się targować, podgrywać w "tak, ale…", udowadniać, że ludzie powinni jej pomóc niezależnie od tego czy pije, czy nie.
Jak każdy alkoholik, który uświada mia sobie nadejście najboleśniejsze go rozstania w życiu z alkoholem.
"Znajdziesz pomoc w wyjściu z przemocy, ale dopiero kiedy zadbasz o całkowitą abstynencję i właściwą terapię. I nie dlatego, że ja tak chcę, lecz dlatego, że inaczej się nie uda ani Tobie ani tym, którzy zechcą Ci pomóc. Ten warunek nie podlega negocjacji"
Później można już było przejść do ustalania formy terapii odwykowej. To też bywa trudne: pacjentka chce jeszcze coś wytargować, może później, może krócej, może w ogóle inaczej znane sposoby odsunięcia trudnego momentu decyzji. Ale najważniejsze już się stało: nie rozmawiałyśmy o tym, czy się leczyć, tylko jak i kiedy zacząć.
Ta historia ma happy end. Alina zachowuje długotrwałą abstynencję i wraz z mężem pracuje nad rekonstrukcją związku.
Te dwie historie zaczęły się w dwóch różnych miejscach, a drogi obydwu kobiety skrzyżowały się pewnego dnia.
Ważną częścią edukacji ofiar przemocy jest pokazanie ryzyka uzależnie nia od leków lub/i alkoholu. Szukanie ukojenia i ulgi może stać się groźną pułapką. Nad mówieniem o alkoholizmie kobiet nadal wisi odium wstydu i skrępowania. Pytanie o uzależnienia bardziej kojarzy się z "oskarżeniem" niż z próbą diagnozy i pomocy. Stoją za tym określone przekonania, część z nich wnoszą same klientki. Ale to już temat na inny artykuł.
Samotna z klasą
Samotna z klasą
Spotykamy je codziennie: w metrze, urzędzie, w wielkich firmach i małych sklepikach. Ciche bohaterki osobistych dramatów. Kim one są?Kobietami w kryzysie. Jak je rozpoznać?
Och, czasami jest to bardzo trudne. Potrafią głęboko skrywać swoje tajemnice. Wiąże je wstyd, lęk zamyka im usta. Czasem się skarżą, kiedy cierpienie staje się nie do wytrzymania. Ale zazwyczaj są dzielne, tak dobrze sobie radzą. Nawet wtedy, gdy trzeba ukrywać sińce pod coraz grubszą warstwą makijażu. Albo kiedy alkohol lub tabletka po latach wiernej służby okazuje się okrutnym zdrajcą. Kiedy jedzenie staje się udręką a zakupy przymusem. Gdy jest się kobietą zdradzaną. Ileż różnych możliwości….
Mówisz, że wszystko w porządku? Więc nie licz na to, że świat dostrzeże twoją udrękę. Kiedy naprawdę zechcesz pomocy, musisz po nią sięgnąć.
Czy ty w ogóle rozumiesz moje problemy? Na tej swojej posadce zarabiasz grosze, ale za to nie czujesz na plecach oddechu innych szczurów biegnących do kariery. Nagroda jest jedna, a biegnących wielu. Coraz młodsi, coraz sprawniejsi. Szczurzy wyścig, wilcze prawa, gadzi chłód moich znajomych - Ludzi Sukcesu. Boję się…
Łzy na nienagannie umalowanej twarzy to coś nowego. Makijaż jest wodoodporny, więc tak szybko nie spłynie, chociaż oczy na pewno będą czerwone. Ale nie o to chodzi! Do tej pory Nina nie pozwalała sobie na płacz, nie ona. Asertywna i zawsze gotowa do riposty nie znosi mazgajowatych kobiet. Coś jednak wytrąciło ją z obsesyjnej samokontroli. Płacząc, próbuje przypomnieć sobie, co to było. Nie może. Och, nino, jak musiało ci być ciężko przez te wszystkie lata.
Dziewczyna z prowincji, niezbyt głębokiej, ale wystarczy, żeby mieć kompleksy. Janka, Jaśka, Janeczka - wołali na nią w domu i na podwórku. Już wtedy wiedziała, że przyjdzie dzień, w którym sama wybierze sobie imię. Na pewno nie będzie takie prostackie. Nina wzdraga się na wszystko, co trąci prostactwem: grube kobiety, nieświeże koszule, chleb ze smalcem, brudne paznokcie i inne rzeczy "wymiotne".
Nina ma trzydzieści lat i jest przeraźliwie samotna. Żyje swoją pracą i tym, że jest lepsza niż niejeden facet. Co jakiś czas otrzymuje bonusy na potwierdzenie swojej wartości: wyjazd na Karaiby, wycieczkę do Paryża, emailowe gratulacje ze Szwajcarii. Nina pracuje dla wielkiego koncernu, jest ważnym dyrektorem, najlepszym w wewnętrznym rankingu międzynarodowej firmy. Ciężko na to pracowała i zdaje sobie sprawę, że musi ciągle udowadniać swoje dla firmy oddanie i absolutną lojalność. Ten "oddech innych na plecach" to nie urojenia - oni naprawdę tam są.
Ma wszystko, co chciała: nowe brzmienie starego imienia, komfortowe mieszkanie w dobrej dzielnicy, stanowisko, pieniądze i władzę. A w komfortowych czterech ścianach - pusto. Nie ma nikogo, komu można opowiedzieć o wyczerpującym dniu. Nikogo, kto czeka z herbatką i zapala śwaitło na schodach. I nikt nie przytuli, nie zapyta o zdrowie. Nie ma się z kim pokłócić. Nie ma kogo kochać.
Nina jest pracoholiczką i jest z tego dumna. Pracoholizm to nałóg, który przynosi wymierne korzyści i jest aprobowany. Szefowie kochają pracoholików i eksploatują ich dopóty, dopóki wypalony strzęp człowieka nie wyląduje na kardiologii lub oddziale nerwic. Ale takiego scenariusza nikt przecież dla siebie nie przewiduje. Inni - owszem, ale nie ja - pociesza się Nina. Tak, czasem dopada ją lęk, o zdrowie też, ale zazwyczaj nie ma czasu na takie rozmyślania.
W dobrym towarzystwie wręcz wypada być pracoholikiem. Z telefonem komórkowym, z grubym "organizerem" (gdyby go zgubić, to świat się wali) Nina jest zawsze dostępna dla swoich zagranicznych szefów. Zawsze gotowa gorliwie udzielić wszelkich odpowiedzi, kompetentna i profesjonalna w każdym calu.
Kilka miesięcy temu na pogrzebie ukochanej babci telefon Niny rozdzwonił się w samym środku mszy żałobnej. Przez jedną, okropną chwilę Nina walczyła ze sobą: - Wyłączyć? Odebrać?
Czuła na sobie zgorszone spojrzenia żałobników. Pośpiesznie wybiegła na zewnątrz odebrać telefon. Wtedy po raz pierwszy uświadomiła sobie własną zależność. Do tej pory uważała się za kobietę wolną, podejmującą własne decyzje. Ta krótka chwila w kościele była jak zapowiedź nadchodzącego poczucia klęski.
Nina bardzo kocha swoją matkę, ale panicznie się wstydzi przedstawić ją swoim znajomym. Bo matka nadal nazywa ją Janeczką i waży ponad sto kilo. Dlatego Nina ma wciąż poczucie winy: matka jest taka samotna i taka dumna ze swojej córeczki, ale jej nieustanna gadanina, wygląd i ciasne poglądy na życie doprowadzają Ninę do furii. Nie chcąc tego, rani tę poczciwą grubą kobietę, a potem samotnie płacze w poduszkę. Ostatnio matka nie przestaje mówić małżeństwie Niny i wnukach. Radzi, używa aluzji, wypytuje, swata. Tego Nina nie może znieść. Zwłaszcza tego! Skrzętnie skrywana tajemnica: brak jakiegokolwiek mężczyzny, nawet takiego "na weekend", nie może wyjść na jaw.
Koleżanki ze szkoły mają już po dwoje dzieci, a koledzy wyhodowali niezłe brzuszki i osiedli na laurach. Na zjeździe absolwentów ogólniaka Nina usłyszała całe mnóstwo komplementów od brzuchatych i żonatych kolegów. Niechętne spojrzenia koleżanek były jeszcze większym komplementem. Po godzinie miała już dosyć paplaniny, uścisków, dotyku spoconych policzków i pytań w rodzaju "ile masz dzieci?", "co robi twój mąż?". Wbrew samej sobie poczuła zazdrość i chęć, żeby chociaż przez chwilę doświadczyć rzeczywistości, w której wyciera się dzieciom nosy i zmienia pieluchy, w której jest czas na plotki i seriale w telewizji. Nina jest sama. Po pierwsze, jak twierdzi, nie ma szczęścia do mężczyzn - wszyscy sensowni faceci są już żonaci. Kilku z nich zresztą usiłowało Ninę oczarować, ale takie związki nie wchodzą w rachubę. Nina pragnie doskonałego partnera: ma być czarujący i czuły, elegancki, inteligentny, dobry i z własną forsą. Czyli Mężczyzna z Klasą. Powinien mieć własne pieniądze, w przeciwnym razie byłby z nią dla korzyści. Musi mieć mieszkanie, bo Nina nie zamierza nikogo u siebie meldować - tylu cwaniaków próbuje zdobyć mieszkanie w Warszawie. Całkiem niedawno znajoma z telewizji poznała jakiegoś supersamca z niedużego miasteczka. Zaprosiła do stolicy, zameldowała w swojej kawalerce, upoważniła do korzystania z konta. Pyszniła się jak perska księżniczka, koleżanki zieleniały z zawiści, a dzień po ślubie z wybitymi zębami i połową włosów na głowie uciekła do schroniska dla kobiet.
Lepiej uczyć się z cudzych doświadczeń - to motto Niny.
Ale z drugiej strony ciepłe kluchy, rozmamłany, nieogolony Romeo, troki od kalesonów - tego w żadnym wypadku Nina nie zaakceptuje. Mężczyzna, którego potrzebuje Nina, powinien ją wspierać w walce o pozycję zawodową. Dodawać jej sił. W żadnym wypadku rywalizować albo wywyższać się. Ma już dosyć kontaktów z samcami, dla których jedynym kryterium są damskie nogi i biust. Ale przy swoim mężczyźnie Nina chciałaby czuć się pożądana i piękna.
Nina jest inteligentna i sama rozumie sprzeczności w swoich oczekiwaniach. Przeczuwa, że to jakaś pułapka, ale nie znajduje z niej wyjścia. Wie też, że z każdym rokiem traci swoje biologiczne atuty; przeraża ją myśl, że może nigdy nie urodzi dziecka.
Coraz częściej Nina leży bezsennie o czwartej nad ranem i w myślach robi bilans swojego życia. Powinna czuć się szczęśliwa, powinna mieć poczucie spełnienia, powinna cieszyć się tym, co ma, powinna…
