Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Kategoria ‘Anglia dla Angoli’

Anglia dla Angoli (29)

bez komentarza

Rozdział dwudziesty dziewiąty: Polityka i bajłany

Jest 1 maja 2005 roku. Mam czterdzieści pięć lat, dwadzieścia dwa kilogramy mniej, za to trochę więcej mięśni i rozumu. Miejmy nadzieję.

Jacek przynosi mi na urodziny gałązkę bzu i wieści z łerhałzu:  mają zwolnić pracowników agencji. To nic, pocieszam go, będziemy razem pracować w stolarni.

A w stolarni coraz więcej Polaków. John połapał się, że może mieć niedrogą i wydajną siłę roboczą, która nie ma wymagań i nie negocjuje. Dlatego szuka więcej polish people, najlepiej bez języka. Ale nie przez agencję, agencja już nie musi pośredniczyć. Teraz działa tu swoisty network: chłopaki sprzedają miejsca pracy po sto funtów. Z Lublina i Suwałk zjeżdżają następni do raju.

Robi się już całkiem niemiło. W ciągu ostatniego miesiąca John cztery razy podniósł normy dzienne dla polish people. Dla english people nie podniósł.
Chłopcy z Polski popełnili koszmarny błąd: wynajęli od właściciela stolarni dom z widokiem na złomowisko. Płacą mu po pięćdziesiąt funtów na tydzień za spanie na materacach i trzymanie ubrań we własnych walizkach. A John ma ich w garści. Mieszkają na terenie stolarni i są na każde gwizdnięcie. W dodatku cały teren, łącznie z ich domem jest pod obserwacją kamer.

Wczoraj Marian źle się poczuł i wyszedł z roboty o siedemnastej. Czyli normalnie. John wyrzucił go natychmiast, pół St Helens musiało słyszeć jak wrzeszczał fuck off my area!!!!!!
 A dom? Cóż, dom to też jest jego area.

Dla Johna nastały złote czasy: może w każdej chwili wymienić jednego Polaka na drugiego. Chłopaki muszą się tłumaczyć przed Spidermenem – Stevem - Parówą nawet z wyjścia do kibla.
A w kiblu nad instrukcją obsługi zepsutej spłuczki ktoś napisał  JEBAĆ PARÓWĘ.
Steve przybiega i pyta, co to znaczy.
- Jeść kiełbasę – odpowiadam ze spokojem.

Na przerwach wystawiam pysk do słońca i marzę o powrocie do mojej drewnianej łupiny na Kurpiach. Niech będzie sobie taka stara i zmurszała, ale własna i we własnym kraju.

Chłopaki w przerwach kopcą skręty z gandzi a wieczorami zapijają smutki cidrem. To jakieś miejscowe świństwo w rodzaju polskiego jabola.

 Na drzwiach od kibla powstaje polska niezależna gazetka „Kurier Drewniany”. Swój gniew i frustracje polscy robotnicy wyrażają za pomocą pisania flamastrem na drzwiach.  John się wścieka, skrada się kilka razy dziennie, wypytuje i grozi, że jak złapie tych, co piszą, to on im…

Mam tu angielskiego kolegę, Allana, który jest spragniony wiedzy o Polsce. Do tej pory, kiedy Anglik mnie pytał o Polskę, to zwykle o to, czy u nas jeżdżą autobusy. Albo czy mamy dywany na podłodze. Aż korci, żeby odpowiedzieć, że nie mamy dywanów, bo by nam kury zniszczyły. Te, co je hodujemy w pokojach.

 Allan zaś dopytuje się o społeczne i polityczne sprawy i nie daje się zbyć byle czym.
- Na kogo Polacy będą głosować w wyborach prezydenckich?- docieka - lepa?
- Jaka lepa?
- Andy Lepa, z Solidarności.

Tłumaczę, że Lepper jest z Samoobrony, a  ten z Solidarności to Wałęsa.
Te dwie formacje polityczne – wbijam mu do głowy – bardzo się od siebie różnią.
- Samoobronę Lepper założył, bo narobił długów i nie chciał ich spłacać – wykładam historię najnowszą – jak zostanie prezydentem, to sobie umorzy i kolegom też.
- A, to zupełnie jak w Anglii – podsumowuje Allan – złodzieje i malwersanci.
Siedzimy sobie smutno kiwając głowami na ten pieski świat.

Tygodnie upływają mi na liczeniu funtów. W każdy piątek otwieram payslipy, czasem agencja się myli, tylko, że nigdy na naszą korzyść. Ale trzeba im przyznać, że naprawiają błędy i zawsze przepraszają.

Trochę oszczędzamy, ale w porównaniu z naszymi naiwnymi oczekiwaniami to jest żałosny plon.
Rozpacz. Podatek lokalny okazał się cztery razy wyższy, niż zapewniała Jo i w sumie za dom ze wszystkimi rachunkami płacimy około stu pięćdziesięciu funtów tygodniowo. Ta stara instalacja gazowa plus nieszczelne okna i drzwi kosztuje nas majątek, a wiosna zimna w tym roku.
Na domiar złego mieszkamy w punkcie zbornym okolicznych meneli. Sklep z wódką ściąga towarzystwo jeszcze długo po północy. Drą gęby, siadają na moim samochodzie i na ogrodzeniu. Ktoś mi urwał boczne lusterko.
W cieplejsze dni pobliski fish and chips otwiera drzwi i produkuje straszliwy smród. I muchy wielkie jak wróble.
Sąsiedzi kupili sobie psa do szczekania.
Czy ja narzekam? Co za podejście do życia! Księżniczka na ziarnku grochu. Pani Śmieciarz. Pani Stolarz.

Nie mogę się pozbyć nawyku przeliczania funta na złotówki, więc zakupy sprawiają mi nieopisany ból. Kartofle po siedem zł, chleb po cztery zł, pomidory osiem zł.
Tak sobie liczę i wychodzi mi, że przeżeramy tu majątek.
Ale to i tak nic, w porównaniu z cenami zwykłych witaminek i podstawowych leków. Tymczasem Jacek bez przerwy przeziębiony, smarcze i kaszle. I jęczy, ze go stawy bolą. A jak mają go nie boleć, skoro pracuje w chłodni?
Żremy byle co, a jeśli któreś z nas się na serio pochoruje, to nikt nam nie zapłaci. Na stały kontrakt nie ma żadnych widoków, więc ani urlopu, ani chorobowego.

Od głodu ratują nas bajłany, czyli okazje w rodzaju buy one get one free. W Tesco są na porządku dziennym i dotyczą niemal wszystkiego. Raz to będą witaminy, kiedy indziej napoje, gotowe dania albo słodycze, kosmetyki albo majtki.
Raz czy dwa razy w tygodniu wyruszam na bajłany i jakoś przędziemy.

Chciałabym wrócić do domu, ale nie mam z czym.
Mam żółtą czapeczkę i żółty kubeczek z napisem CMS LTD. Zabiorę ze sobą na pamiątkę, kiedy będę wyjeżdżać.
A safety buty spalę.
Myślę często, że gdybym w Polsce pracowała tyle godzin, co tutaj i z takim oddaniem, to miałabym majątek. Gdybym w Polsce tak sprawdzała, ile prądu wypalam, ile wody wylewam, ile jedzenia mam kupić, żeby nie wyrzucać…
Gdybym, gdybym.
Moja bardzo wielka wina.

Już nie czuję się tak obco, ale to nie mój kraj. To jest Anglia dla Angoli.
A funt do złotówki znowu spada, cholera.
- Jakby tak Andy Lepa wygrał wybory, to będzie po dziesięć złotych – pociesza mnie Jacek.
A, nie będę się tym teraz martwić.
Jak Scarlet O’Hara, pomyślę o tym jutro.
Zresztą, kiedy spada funt, tanieją dla nas angielskie kartofle.

Koniec

St Helens, październik 2004 - maj 2005

Bookmark and Share

Autor: admin

11 grudnia 2008 o 9:40.

Anglia dla Angoli (28)

bez komentarza

Rozdział dwudziesty ósmy: Jak zostałam stolarzem

W połowie marca dostaję nowy przydział.
Marudziłam Alexowi o lepsze zarobki, to mam.
- Hi,  mam dla ciebie świetną pracę, lekka, osiem godzin, pięć pięćdziesiąt za godzinę. Firma Ch.M.
- Ale nie sprzątanie? – upewniam się na wszelki wypadek.
- Idź, dowiesz się na miejscu – zachęca Alex – poza tym będziesz się tam dobrze czuła, bo już tam posłałem dwóch Polaków.
- A przy okazji, dziękuję za polskich pracowników, których mi podesłałaś. Są świetni! Najlepsi jakich mamy.

Idę. Idę bo marzy mi się pewna stabilność zarobków. Funty to jest priorytet, nie zamierzam tkwić w tym kraju w nieskończoność. W Remployu praca raz jest, raz jej nie ma. Czasem odsyłają nas – agencyjnych - do domu już o dziesiątej, bo muszą obdzielić pracą etatowych.

Ch.M. to jest stolarnia.  Rano na parkingu widzę auto na polskich tablicach. Są. Nasi. A, proszę, znajomi znajomych  z łerhałzu. Przecież sama dałam im telefon do Alexa. Właściwie nie im, ale kupili od kolegi.

Idę do biura po induction i otrzymuję szczotkę oraz mop.
Dostaję także radę, żeby znaleźć kawałek tektury zamiast szufelki.

Mam tu sprzątać: biura, hale produkcyjne, kible i warsztat ślusarski. Acha, jeszcze kantynę, czyli metalowy baraczek na podwórzu.
 Biorę ten mop, idę do kibla na hali. Mijam huczące maszyny, mijam kilkudziesięciu facetów uwijających się przy piłach i obrabiarkach, mijam przeszkloną kanciapkę superwizora, która stoi jak domek z piernika na środku hali. Mijam ślusarza, mijam człowieka, który zapina spodnie, otwieram drzwi od toalety i staję jak wryta. Ostatni raz widziałam taki sracz na dworcu w Gostyninie, w roku 1979.
 Nalewam wody do wiadra starając się nie dotknąć niczego. Idę na zewnątrz, staję koło kantyny, opieram się o kij i stoję.
 Minęło pół godziny a ja stoję. Minęło czterdzieści minut a ja dalej stoję. Oparta o kij od mopa.

- Łots de problem? – pyta szef przechodząc przez podwórze.
- Problem jest taki, że ja nie chcę być sprzątaczką.
- O? really?
- Może jest jakaś inna praca? Cokolwiek? Tylko nie sprzątanie. Proszę.
John wzrusza ramionami.
- Well, skoro już tu jesteś to idź na halę do chłopaków.
Tak oto zostałam stolarzem.

Porzucam śmierdzący mop i awansuję na pracownika produkcji.
Przez cały dzień odbieram z maszyny cieniutkie listewki i naklejam kody. Ciepło, pachnie drewnem. Podoba mi się. Nie przeszkadza mi nawet ogłuszający hałas. Chłopaki z Polski wzięli sobie do serca opiekę nade mną, przynoszą mi zatyczki do uszu, pilnują, żebym sobie nie zrobiła krzywdy.
- John nam kazał – wyjaśnia Robert.
- On nam ufa – dodaje dumnie – jesteśmy tu najlepsi.

Wieczorem próbuję wyjąć z dłoni mikroskopijne drzazgi, chyba muszę zainwestować w rękawiczki. W stolarni będą mi się należały po tygodniu.
- Jak się tu utrzymasz – wyjaśnia Stephen, zwany Spidermenem lub Parówą– dostaniesz rękawiczki i bluzę z nadrukiem.
I czapeczkę z nadrukiem. Żółtą. I kubek, też żółty.

Jako stolarz czuję się całkiem dobrze. Ludzie też traktują mnie przyzwoicie, bo jestem tu jedyną kobietą, nie licząc tych w biurze. Obserwują mnie i robią sobie żarciki. Ale sympatycznie, bez złośliwości.

Trzeciego dnia miałam z paniami z biura niemiłą potyczkę o kibel.
Ten na hali jest taki, jaki jest. Przeraźliwie brudny i ciasny, spłuczka zepsuta a kiedy chcę się wysikać moja twarz ląduje w cuchnącym pisuarze. Na cementowej podłodze kawałki papieru taplają się w kałuży moczu.

W biurze za to są cieplutkie, czyściutkie toalety z podziałem na Ladys i Gentelmen. Całe w różowych kafelkach.
- Tu nie chodzą pracownicy produkcji – warczy opasła blondyna zza biurka.
- Ale ja jestem kobietą – tłumaczę – a w tym na hali jest tak brudno!
- Trzeba było sprzątać, miałabyś czysto – dorzuca ta jeszcze grubsza rozśmieszając całe biuro.
One się chyba obraziły za to, że odmówiłam bycia sprzątaczką. Któraś z nich jest żoną szefa, więc rezygnuję z walki o godne oddawanie moczu.

Po raz nie wiadomo który zazdroszczę facetom, że mogą sikać na stojąco.

Cdn.

Bookmark and Share

Autor: admin

10 grudnia 2008 o 12:38.