Anna Maria Nowakowska

reportaże, felietony, opowiadania, podróże, konsultacje, terapia

Kategoria ‘Curriculum curiosum cz.2’

Curriculum curiosum cz.2 (2)

komentarze (2)

Dwa: Z lotu pta

Zrobiłam to dla ciebie – powiedziała Mama do Psychodziuni. – Kiedyś będziesz mi wdzięczna.
Po raz pierwszy powiedziała to w Dniu Mięsa.

I powtórzyła.
W dniu, w którym chciała porąbać (Dziunię) choinkę.

Powiedziała to, bo nie miała żadnych wątpliwości, że jej samej zabrakło kiedyś szczęścia.
Pogrzebała się żywcem i poświęciła swoje życie, zamiast skorzystać z możliwości wolnego wyboru.
Skamieniało jej serce, ale nie mogła o tym wiedzieć. Nikt z własnej woli nie zagląda sobie w serce.

Odważyła się powiedzieć te słowa, zwiedziona pozorem. Przecież przez chwilę Dziunia rozumowała logicznie. Umiała odróżnić górę od dołu i sformułować twierdzenie parareligijne.
Jeśli można rozumować logicznie w jedną stronę, to można i w drugą.
Każdy ma swoje racje, do cholery.

(Wiele lat później, na kozetce psychogłówka - analityka,  Dziunia tak oto zaciekle będzie bronić swojej (matki) opinii:
Chciała oszczędzić mi tego, czego jej nie oszczędzono. Zrobiła to dla mnie. Ponieważ troszczyła się o mnie, ty chuju.
Analityk wzruszy ramieniem, prawym. Lewe będzie miał zajęte pisaniem notatek. Nikt go nie zmuszał w dzieciństwie do pisania prawą ręką. Nikt go nie zmuszał do bycia normalnym. Będzie mógł pozwolić sobie na luksus czucia się godnym stuzłotowego honorarium. Będzie uprawniony, żeby czuć się uprawniony. Da sobie prawo, żeby dać sobie prawo.)

Gdyby spojrzeć z lotu ptaka na całą sprawę, to Mama miała rację. Nie jest ważne, że jej nie miała. Nie będziemy się jej czepiać bez potrzeby.
Człowiek robi to, co musi.
I to, co może.
Następnie tworzy skomplikowaną opowieść na dowód tego, że: zrobił tylko to, co powinien.
Wtedy można już uczciwie powiedzieć sobie i światu:
- Zrobiłam to dla ciebie.
Matki robią rzeczy rozmaite, ponieważ sądzą, że mają rację i mają rację. Mają ją, ponieważ są matkami i wiedzą lepiej.
Czasem tylko mylą im się życia.
Własne z cudzym.
Bo tak.
Bywa.

Do takiego miejsca w głowie Dziunia dotarła wlokąc się w kierunku swojego barłogu w dzień Machania Siekierą.
Usłyszała za plecami rozpaczliwe: zrobiłam to dla ciebie.
Miała rozpaczliwą potrzebę, aby w to uwierzyć.
Dlatego.
Powrót na łoże boleści stał się zbędny.
Dziunia stanęła w progu swojego pokoju, zamienionego chwilowo w dom wariatów.
Postała tam chwilę, a kiedy przekroczyła próg, to przekroczyła próg.
- Acha – powiedziała.
Spojrzała bowiem właśnie na swoje życie z perspektywy do tej pory niedostępnej: z zewnątrz.
To jeszcze nie był ten stan umysłu, o który zacznie zabiegać. To nie było z lotu ptaka.
Zaledwie z lotu pta.
Zaledwie z zewnątrz.
A i tak.
Skutecznie.

Postanowiła – przekraczając ten próg – wyzdrowieć i stać się jak inni.
Taka sama.
Do tego potrzebowała tylko odpowiednich narzędzi.
I znalazła.
Bo były tam.
Dostępne.
Wystarczyło znaleźć odpowiednie proporcje.
I właściwe rytuały.

Perspektywę, która zmienia wszystko, można uzyskać po odpowiednim zmieszaniu składników: wódka, kropelka środka do usypiania koni, papieros.
Kiedy Dziunia użyje tego katalizatora, zrozumie w końcu, jak wiele miłości otrzymała za nic.
Za to tylko, że jest.
A przecież mogło jej nie być.
Miało jej nie być.
I tego powinna się trzymać.

Z pamiętnika Buni

Zupełnie nie wiem, jak będzie z tą naszą przyjaźnią. Czy można normalnie przyjaźnić się z kimś, kto jest nieszczęśliwy? Kiedyś sama Dziunia powiedziała, że nieszczęśliwość jest zaraźliwa i wariactwo jest zaraźliwe. Nie wiem jak, ale ona mówiła, że przenoszą się drogą kropelkową. Jak grypa. Że są w powietrzu zalążki nieszczęśliwości i jeśli trafią na podatny grunt, to się osiedlają i przędą. Nie mam ochoty, żeby coś we mnie przędło. Ale tęsknię za Dziunią. A w dupie z zarazkami.

Bunia była dzielna. Chromoliła zarazki.
Była też znudzona, czym należy tłumaczyć jej tęsknotę.
Zbarłoguwstanie Dziuni przywitała z ulgą i lekką obawą.
Bo Dziunia stała się.
Jakaś.
Inna.
Zupełnie, jakby ugryzła jabłko z zatrutego drzewa. Inne jabłko, nie to, które przyniosło ludziom wstyd, dając jednak w zamian namiętność.
Jabłuszko Dziuni pochodziło z innego drzewa i było marniutkie: na wpół zdechłe, parszywe, gorzkie.
Posmakowało jej.
W jej sercu i w kącikach ust zagościł na stałe cynizm.
I wszystko było w porządku, bo czemu nie?
Tylko Bunia zadawała sobie pytanie:
- Jak można aż tak się zmienić?

Nie zadała go jednak Dziuni, bo swoje wiedziała.
To było czysto retoryczne pytanie.
Odpowiedź była jasna, choć niemiła.
Bunia wyraziła to jednym westchnieniem:
Niektórzy to mają takie zasrane szczęście, że mają takie szczęście zasrane.

Cdn.

Bookmark and Share

Felietony, Curriculum curiosum cz.2 (1)

komentarze (3)

Wystukałam

Cześć Ludziska Dziunioluby.
Niczego nie obiecuję.
Czasem będę stukać drugą część CC.
Czasem nie.
Nie mogę teraz narzucić sobie takiej dyscypliny jak zimą. Za dużo mam na łbie. Na dodatek wieść się rozeszła, że jestem skuteczna w działaniach i mam kilka spraw nie swoich. Trzeba pomóc, kiedy gołym okiem widać ludzką krzywdę.
Trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałyby moje własne sprawy, gdybym nie władała językiem. A tu jest mnóstwo takich ludzi. Mogę tylko domyślać się, jak bardzo czują się bezradni.
Z jakiegoś powodu uważam, że jeśli mogę być pomocna, to powinnam wykorzystać swoje możliwości.
Wiem, że wiele osób wchodzących na moją stronę podziela tę postawę. Postawę pomagania, jeśli czyjaś krzywda kole w oczy. W moje kole ostatnio taka historia, której jeszcze nie mogę opisać. Dość wspomnieć, że pokrzywdzona osoba boi się o własne życie. Raz już została ciężko pobita. W pracy. Tyle mogę dziś napisać, nic więcej.

Ale zaczęłam pisać Dziunię Dwa, chociaż wcale nie miałam takiego zamiaru.
Przeciwnie, planowałam zacząć koło września.
Ale – usiadłam na dupie, żeby poczytać o co się kłócą na forum dziennikarze obywatelscy i tak mnie to znudziło, że z tych nudów zaczęłam stukać.
I wystukało się to:

Curriculum curiosum dwa.

Jeden: W domu może być tylko jeden

Dziunia leżała.
Leżała.
Dzień. Tydzień. Miesiąc.
Zerwała na wszelki wypadek wszystkie połączenia synaptyczne. Te z oczami. Te z uszami. Czasowo zawiesiła nawet połączenie z pęcherzem.

- Wstań żesz – prosiła Mama.
- Rusz dupę – proponował Ojciec, ale z bezpiecznej odległości.
- Dziunia, weźty się jakoś tego – sugerował Lubuś.

Sprowadzono Bunię.
Sprowadzono lekarza.
Sprowadzono Średniego

Tylko Bunia została zaszczycona odpowiedzią:
- Yyź stą.

Dziunia leżała.
Czasem - jeśli akurat miała coś pod ręką - próbowała się tym udławić. Albo cisnąć w kogoś.
Małpiatka.

Przyszło Narodzenie Prezesowe, wigilia.
Choinkę wrzucono niedbale do salonu i bujała się tam krzywo na stojaku, budząc niemiłe skojarzenia.
- Przynajmniej niech ona jakoś wygląda – zdenerwowała się Mama i poszła po siekierę do zachowanka.

- Niech ktoś ją ubierze, albo porąbię cholerę na kawałki – wrzasnęła już od drzwi.
Lubuś rzucił się na pomoc.
- Dziunia, wstawaj, błagam, będziesz porąbana jak nie wstaniesz – wyjęczał szarpiąc leżący odłogiem odwłok.
Odwłokiem odłóg.
Czy jakoś tak.

Dziunia przywróciła czasowo połączenie słuchowe. Słowo porąbana spodobało jej się.
Nie bez zdziwienia poczuła, że jest jej bliskie.
Usłyszy je jeszcze nie raz.
Nie dwa.
Wtedy.
Później.
Zawsze.

Mama stała w salonie, grożąc choince siekierą. Choinka kiwała się bez wdzięku i nie miała zamiaru się ubrać.
Lubuś z ulgą, że to nie Dziunia jest obiektem przyszłej zbrodni, wyjąkał:
- W domu może być tylko jeden wariat.
- I to nie jestem ja – podsumowała Mama odkładając siekierę.

Dziunia akurat wlokła odwłok przez przedpokój i zanotowała sobie w pamięci:
W domu może być tylko jeden wariat i chwilowo nie ma wakatu.

Bycie etatową wariatką ma swoje dobre strony.
Kiedy powie się wreszcie jedno zrozumiałe słowo, wszyscy cieszą się i radują, jakby…
- Lubuś – powiedziała Dziunia z przedpokoju. – Powieś jej gwiazdę na czubku.
- Ty mówisz! – krzyknęła Mama znów chwytając siekierę. – zaraz ostrugam to gówno, żeby prosto stało.

Lubuś zerknął podejrzliwie, ale tym razem nie dał się nabrać własnej wyobraźni.

Zresztą Ostruganie Dziuni nie wchodziło w rachubę.
Była pozbawiona wszelkich – dających się ostrugać – wypukłości.
Zauważył to z ulgą.

- Bóg się rodzi – zaintonował, licząc na to, że siostra się przyłączy.
- Ciiiszzzdocholerrry – syknęła Mama, stukając go siekierą (ale nie tą ostrą stroną) w pośladek.
Przeraziło ją słowo rodzi.
Przeczuwała, że takich słów nie należy używać w obecności Dziuni. Matczyna intuicja.
Ale.
Było już za późno.
- A gdyby go wtedy. To by się nie – powiedziało coś, co stało w przedpokoju.

Mama wzdrygnęła się.
Lubuś się wzdrygnął.
Wzdrygnęli się jednocześnie, a po chwili jeszcze każde oddzielnie.
Taka możliwość wydała im się okropna.
Okropnie logiczna.
Wariaci nie powinni myśleć logicznie.
Powinni leżeć, bełkotać i próbować udławić się majtkami.
Albo ciskać łyżką budyniu w psychiatrę.

- Już lepiej idź leżeć – westchnęła Mama.
- Jestem zmęczona – powiedziała Dziunia, która czuła się bardzo zmęczona. – Lepiej pójdę leżeć.
I poszła.
Tyle, że.
Nie doszła.
Gdzieś doszła, ale nie tam gdzie chciała.
Bo.

Cdn.

Bookmark and Share